Archive for the | Archiwum dla
3. Priceless

----------------------------------------------------------------


ACTA srakta… kraj głupcze!

2012-01-26, czwartek at 20:50 | posted by Creamteam

mapa protestów za Google Maps
mapa protestów w Polsce przeciwko ACTA, za Google Maps*

 

W wiadomych okolicznościach przyrody — gdy jedni wybrali za resztę życie na kolanach zamiast śmierci na stojąco — miast samodzielnie komentować podpisanie ACTA, posłużymy się cytatem:

kłopot z takimi ludźmi leży w tym, że nigdy nie żyli ani na kolanach, ani stojąc, zawsze żyli siedząc na swym tłustym tyłku.
Ronald Reagan

…a za Billem Clintonem powtórzymy:

Kraj głupcze!

 

UPDATE I:

Rezygnacja jest reakcją na podpisanie przez Pana Premiera Rządu RP upoważnienie dla polskiej ambasador w Japonii do przyjęcia umowy ACTA oraz podpisanie tej umowy przez Panią Ambasador w dn. 26 stycznia, 2012 r. w Japonii.
[...]
Nie widzę, może jestem nie wyspany, ale do bólu szczery, jak mógłbym rozmawiać w czasie spotkania grupy Dialog, nad złagodzeniem skutków kroku w mojej opinii niedopuszczalnego.

Prof. dr hab. inż. Mieczysław Muraszkiewicz, na Vagla.pl

Jeden sprawiedliwy pośród bandy jełopów uczy, jak się zachować honorowo.

Warto tę postawę zderzyć z postawą Premiera, który nie chce referendum w sprawie ACTA, czy np. postawą europarlamentarzysty Migalskiego (teraz to wielu naprawdę krew zaleje, jeśli to prawda**):

Dzisiaj rano dowiedziałem się, że głosowałem za ACTA. Serio. I nie mam zamiaru się tego wypierać. Czy wiedziałem, za czym głosuję? Nie. Czy zawsze wiem, za czym głosuję? Rzadko. Czy inni posłowie i europosłowie wiedzą więcej? Nie – pisze Migalski.
[...]
Też mogłem z tego skorzystać [uwaga odautorska: niemądre, niepoważne tłumaczenie się], ale moja obecna sytuacja polityczna pozwala mi na to, żeby powiedzieć wam ociupińkę prawdy i pozwolić wam zobaczyć, jak naprawdę wygląda współczesna polityka (nie tylko w Polsce) – pisze Migalski
.

 

UPDATE II:

Co się dzieje, gdy najpierw głosuje się za ACTA, w ten czy inny sposób, a potem przychodzi na wiec przeciwników ACTA jak ten Diabeł w ornacie, to zobaczcie sobie na Youtube! Bezcenne.

 

UPDATE III:

Słuchamy o odklejonym Radku i tej ekipie rządowej, o której, jeszcze tydzień temu, nie mówiliśmy ta ekipa (nagranie z Radia TokFM):

„Ludzie się dopominają o swój natychmiastowy udział w procesie wydawania decyzji. Politycy są tym zaskoczeni i przerażeni. Ta agora będzie nacierać, bo ma wielkie instrumentarium. Nie chodzi mi ulicę, ale właśnie o internet…” Władyka – może powoli nadchodzi czas, kiedy politycy przestaną traktować nas jak stado bezmyślnych baranów? Może czas zacząć pytać nas o zdanie, a nie podejmować decyzje pod stołem z nadzieją, że nic nie wyjdzie na jaw i jakoś to będzie? ACTA to tylko czubek góry ludowej. Tak samo było z wysłaniem wojska do Iraku, z budową elektrowni atomowej. Czasem głos ludu jest głosem Boga… http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,11042256,_To_jest_najbardziej_autentyczny_ruch_obywatelski.html

 

______________________________________________
* Rządzie, jesteś sam, chociaż z pewnością wyżywisz się sam, zwłaszcza jak naród wyjedzie na emigrację.
** Za www.wiadomosci.dziennik.pl (zwracamy uwagę, że może to być kaczka dziennikarska, jak ta z Vaglą i hackerskim atakiem, bo na blogu Migalskiego nie ma takiego wpisu, co nie znaczy, że nie było, może jednak sytuacja polityczna nie jest tak klarowna, by polityk mógł mówić, co mu się podoba).

GAZ, GAZ na ulicach, ACTA w internecie

2012-01-24, wtorek at 18:57 | posted by Creamteam

Sądziliśmy, że po groteskowej scenie samobójstwa prokuratora, która okazała się nie być samobójstwem, chyba, że nieudolnym, to już nic nas w Polsce w ubiegłym tygodniu nie zaskoczy, a tu nagle weekend upłynął nam, jak setkom tysięcy Polaków, na gorącym udziale w mówieniu nie, nie tylko dla ACTA, nie tylko dla absurdów postępowania władzy wykonawczej, która po cichu przemyca nam prawa, które diametralnie zmieniają nam rzeczywistość, ale także, a może przede wszystkim, na mówieniu nie marginalizacji woli Suwerena w organizowaniu temu Suwerenowi porządku prawnego i życia codziennego.

Instytucja ochrony prawnej interesów autora istnieje, narzędzia także.
Nie żyjemy w dziczy, chociaż w Europie Zachodniej też jakby nie, aczkolwiek obywatelski ruch sprzeciwu sprawia, że serce rośnie, jaką mamy młodzież:

 

Wróćmy jednak do naszych narzędzi i instytucji ochrony prawnej autora.
Należy sobie zadać proste i logiczne pytanie, dlaczego, nie są stosowane/ nie działają?
Należy zadać także pytanie, dlaczego próbuje się nas, a nas to nawet jako autorów, przekonać, że najlepszą drogą uzdrowienia sytuacji jest powoływanie dalszych instytucji i narzędzi ochrony prawno-autorskiej?!
Lekarstwem na niewydolność systemu, indolencję nim zawiadujących, jest dalsze rozwijanie systemu, tylko w której bajce, ktoś może wskazać?

 

Zapytajmy logicznie, co takiego zrobiły te instytucje amerykańskie, że powinniśmy pójść ich śladem?
Wydaje nam się, że całkiem dużo, by nie iść, zrobiły bowiem wiele, by przestrzeganie prawa autorskiego, w powszechnym mniemaniu, skompromitować do cna.

Pomijamy już takie lapsusy, że za wysłuchanie piosenki idzie się do więzienia, czy za ściągnięcie filmu też, a za oglądnięcie obrazu, zdjęcia, plakatu, a nawet książki (tu się coś rusza, ale chyba tylko za sprawą potęgi Amazona) jakby trochę mniej się idzie.
System wielkich korporacji mediowych w ten sposób narusza odwieczną równość Muz, co już jest z gruntu nie do przyjęcia, np. dla nas, bo nie jesteśmy „gorszymi” autorami tylko dlatego, że nie komponujemy muzyki. Nie można pomijać faktu, że z powodu jw., proponowany nam system jest niesprawiedliwy, gdyż jego naturalną cechą jest nierówne traktowanie przedmiotów i podmiotów.

Gdy się przyglądniemy konkretnym sprawom, widoczne się staje także, że przybijanie w tym systemie milionowych odszkodowań, które są niespłacalne już w momencie ich uprawomocnienia się, naprawdę mija się z sensem i sprawiedliwością (a u nas nadal, przynajmniej w teorii, kara musi być adekwatna do czynu sprawcy, a odszkodowanie nie powinno być podstawą wzbogacenia się)… Chyba, że celem takich spraw jest, by tak zasądzony dług opakować w nic nie mówiące równania i sprzedać na giełdzie, z zyskiem, by wytworzyć kolejną bańkę spekulacyjną, taką samą jak w 2008r. — wtedy te odszkodowania mają sens. Tylko, czy tego chcemy, kolejnego kryzysu finansowego i wartości, jak obecnie…

Inna sprawa, Amerykanie, w próbie narzucenia swojego systemu prawnego Europie, nie chcą zauważyć, iż systemy prawne i finansowe tych kontynentów różnią się, diametralnie.
System amerykański pozwala obywatelowi zbankrutować i stanąć na nogi tak szybko, jak to tylko możliwe. Robi wszystko, by ten obywatel po swoim życiowym krachu zaczął zarabiać (jeśli tylko ma pomysł jak) i odpłacił swoim zarabianiem społeczeństwu czyn przeciw niemu, bo lepszy obywatel wzbogacający społeczność swoją inicjatywą, niż utrzymywany przez tę społeczność.
W takim krajobrazie ACTA faktycznie, poza tą częścią o inwigilacji, nie stanowi większego problemu.

Problemem jest fakt, że ACTA szczepi się na nasz europejski system prawny i finansowy, które zbudowano na filozoficznych ideach dotkliwej i surowej „zemsty” społeczeństwa za czyn przeciw temu społeczeństwu, a nie współczucia i przydatności społecznej jednostki dla grupy, jak w Stanach (to dlatego nie rozumiemy, jako Europejczycy, kar wielokrotnego więzienia zasądzanych w tej samej sprawie, czy kosmicznych odszkodowań, bo to nie nasza filozofia).
Jeśli ktoś potrzebuje wykładu na ten temat, oczywiście powinien przestudiować zagadnienie w sposób naukowy, dla całej reszty wielka BBC ma w swoich archiwach takowy, pod tytułem Finansowa Historia Świata. W 6 odcinkach dowiecie się przynajmniej kilku rzeczy, które mocno Was zdziwią. Możecie też spróbować z książkami autora cyklu BBC  Niala Fergusona, profesora Harvardu.

 

Wracając do tematu, tu upatruję największego zagrożenia.
Amerykanie, postrzegani często u nas jako dobrotliwe dorosłe dzieci, mogą tych różnic nie znać, nie akceptować itd., ich prawo, a teraz nawet interes, ale że nasz rząd i nasi „zarządcy” te różnice bagatelizują, o, to akurat jest niezrozumiałe!

Dlatego twierdzenia rządzących w Polsce są dla nas coraz bardziej nieakceptowalne:

  • od mijającego się, bez mrugnięcia okiem, z prawdą min. Zdrojewskiego — już od wczoraj internet huczy, że panowie ministrowie powinni ze sobą wreszcie uzgodnić, były te negocjacje w sprawie przyjęcia ACTA, czy ich nie było, bo jeden przeczy drugiemu,
  • przez wypowiedzi urzędników, co podkreślam, na stanowisku, więc czynnych, grożących nam tym czy innym stanem — bo dlaczego drugi raz w ciągu ostatnich 30 lat władza znów ma zamiar obrócić się karzącym ramieniem przeciwko społeczeństwu za ewentualną (bo nieudowodnioną) ingerencję z zewnątrz, powtórzmy to, z zewnątrz,
  • po min. Boni, który mówi, że Parlament musi uchwalić ACTA — gdyż albo faktycznie jest tak źle, że byle minister może napluć na Suwerena i mu kazać (cokolwiek), albo ten urzędnik nie zna swego miejsca w szeregu.

 

 

Co nas może czekać w tej absurdalnej sytuacji? Co po uchwaleniu ACTA. Spójrzmy.
Mareksy twierdzi np., że:

ponieważ usłyszał argument, że dowcipy na temat ACTA źle czynią sprawie sprzeciwu, uważam przeciwnie, im bardziej obśmiejemy zjawisko, tym szybciej dotrze do zakutych tępych głów rybaczanej komisji, co na to przyzwoliła, jak to nie wiecie, kto to uchwalił i zarekomendował, że wstyd, owszem jest, ale po ich stronie, tak było za Pomarańczowej, tak będzie i teraz, mamy długie tradycje w obśmiewaniu absurdów władzy, tak, czy nie.

dodał także:

pouczył, już niedługo Twój dostawca internetu zabawi się z Tobą w nową grę, będzie jak kochanka i żona w jednym, tak się przyssie, że nie będzie można odczepić, chętnie sypiając jednak w tym czasie z innymi, jednocześnie będzie drenować Twój portfel i sprawdzać kieszenie, chcąc wiedzieć wszystko o każdym twoim kroku, którym podzieli się z przyjaciółkami, poczekaj do 27 stycznia, już o poranku…

CoNaToDiabeł wskazał także:

Diabeł był zbudowany oddolnym ruchem społecznym przeciwko narzucaniu Judei praw wielkiego Rzymu. Kiedy Jezus zarzucił mu, że ruch ten nie ma szans, bo tradycja buntów obywatelskich zanikła, Diabeł odpowiedział mu — To wskrzesimy! Nie takie rzeczy wskrzeszaliśmy!

Ciekawie też mówi Jacek Żakowski w swoim artykule Co ma wspólnego internet z biblioteką… o przyszłości, ale i przeszłości, o stosunkach pomiędzy autorem a odbiorcą:

Istotą przestaje być treść relacji, a staje się wartość transakcji,

z którym dziś polemizuje W. Orliński w artykule Nie samą sztuką artysta żyje. Orlińskiemu można przyznać rację, ale nie można się z nim zgodzić w całości, gdyż sam sobie zaprzecza w przykładzie z Bethovenem a potem z The Beatles, ale co ważniejsze, nie zawsze artysta żyje tylko pieniądzem, jak chce autor… bo co z działalnością dla idei, też powinna być zmonetaryzowana, czy jak pisze Żakowski, zastąpiona relacją transakcji? (sic!)

To taki sam absurd jak niemożność opisania zdjęcia jabłka słowem apple, gdyż:

alw nie pisze o jabłku

Na marginesie tego przykładu, ukryty dziś pod nic nie znaczącym skrótem Mac, dawny Apple Macintosh też brzmi jakby użyto nazwy własnej pewnego gatunku jabłek, znanej nam jeszcze z dzieciństwa, czyli jakby trochę dłużej niż istnieje ta korporacja, i, jak się okazuje, co z tego — duży może więcej? Korporacje zdają się więc zawłaszczać nazwy własne przedmiotów powszechnego użytku, co jest absolutnie paranoiczne i paranormalne. Powstaje tu pytanie, co było pierwsze, jajko czy kura:

mareksy dodałby także, za sprawą postawionego przez Kolegę Andrzej-Ludwik Włoszczyński paradygmatu, jasnym się stało, dla niego, dylemata jajka i kury rozwiązaną już jest, najpierw była kura, która należała do korporacji, wzięła sobie jajko, jak wszystkie inne kury i przysposobiła, odczekała chwilę, ogłosiła, wszystkie jajka, nawet jaskółek, jej, teraz jajko jej pierwsze przed innymi i przed samą kurą, tu dla kompletności, tej, opowiastki, trzeba nam wkroczenia, na scenę, dyspozycyjnego politykiera. DONE & ad ACTA.

 

Głosujcie na ACTA, a takich absurdów, jakie gotuje nam dziś Apple będzie bez liku, wreszcie blokowanie możliwości użycia koloru magenta (potrzebny w procesie druku kolorowego) przez kompanię telefoniczną stanie się faktem. Ten teledysk z pewnością będzie zakazany w czasach post-ACTA, a nawet jeśli nie, podobny już nie powstanie:

gdyż, jak wskazał mareksy:

za przerobienie znaku dycha, za każdy, za nawiązanie do pracy innego autora dwie dychy, za kolaż nie mający wartości artystycznej dwie dychy odsiadki, za złośliwą trawestację, tylko żądanie przeprosin w najbardziej poczytnych dziennikach, bo rzecz niewymierna, plus odszkodowanie zysk netto za jednostkę, razy ilość kliknięć, bo przecież nie kompletnych odtworzeń, tu tylko prawdopodobieństwo się liczyć będzie, lepiej już wam zemrzeć na AIDS było, niźli w ślady Georga, Michaela, pójść, po uchwaleniu ACTA.

 

 

Jeśli nic się nie zmieni, chyba faktycznie czas na Panią Barbarę:

i wyjście na ulicę, jak dzisiaj w Warszawie i, jak się już okazuje, nie tylko w Warszawie!
Takich sytuacji, takiej oddolnej organizacji społeczeństwa, przyznajemy, nie pamiętamy w Polsce od czasu Solidarności. Daleko zajść musiało, że do tego doszło, prawda?
Rządzącym pod uwagę zostawiamy taką myśl, kiedy następnym razem zechcecie wyłączyć nam internet i telefony, spróbujcie najpierw z prądem, a dopiero wtedy zobaczycie, do czego zdolna jest ta szara masa, którą tak sponiewieraliście w ostatnich dniach!

O dobre logo państwowe bój ci to jest nasz ostatni, o nasze prawa jeszcze powalczymy

2012-01-20, piątek at 21:51 | posted by Creamteam

Witamy w nowym roku.
Jesteśmy już po dwóch tygodniach jego pierwszego miesiąca i jednym długim weekendzie. Coś da się już o tym okresie powiedzieć.

Przede wszystkim, nie będzie lepiej.
Podkreślamy to z całą stanowczością i wcale nie dlatego, że mareksy zaczytuje się ostatnio Uważam Rze (przechera, przewrotnie tłumaczy nam, że to dlatego, iż lubi poczytać swoich redakcyjnych kolegów z dawnych lat, powiedzmy, że mu wierzymy). Trzeba wam wiedzieć, to pismo właśnie takie jw. prezentuje stanowisko, jednogłośnie i bezapelacyjnie.

 

Nowy rok to wysyp jakiś znaków promocyjnych, tak dobrze określających swych patronów, że lekką ręką możemy napisać: znaków należących do jakiś miast i siół oraz przysiółków. Zwracamy wam uwagę na konstrukcję poprzedniego zdania i jego zawartośćnie ma żadnej zawartości, określonej z nazwy czy położenia geograficznego. Celowy zabieg, tyle da się bowiem powiedzieć o zleceniodawcach produkcji z tego wysypu, oglądając znaki o wciąż identycznej zawartości, trudno jakiekolwiek miasto i przysiółek na dłużej zapamiętać. Parafrazując film Rejs: słonko, fala, sosenka, znów słonko…

…Tę seryjność widać też po drugiej stronie, wśród realizatorów. Znów wygrał, tu czy tam, kolejny przetarg na opracowanie identyfikacji regionu (tu sobie wpiszcie, tak zgadliście, jakiegokolwiek) Aleksander Bąk, słynny znawca lwich jąder w herbarzach, który, nota bene, w związku z konkursem na logo Kłodzka* do dziś nie przeprosił nas za publiczny atak na nasze studio, z którego wycofał się w sposób angielski, właśnie zapomniawszy przeprosić, gdy mu Andrzej Ludwik Włoszczyński pokazał pismo miasta w tej sprawie. Internet pamięta, Drogi Alku.

Jeśli więc chodzi o regiony w Polsce, to my ich nie rozróżniamy, przynajmniej nie na podstawie nowych godeł, znaków promocyjnych czy logo. Złota zasada identyfikacji, odróżnij się albo zgiń, nadal tu działa, dlatego właśnie nie rozróżniamy, ze stratą dla portfeli i budżetów tych regionów.

 

Ostatnie produkcje sektora, nazwijmy go tutaj dla ułatwienia urzędniczo-publicznym, przekonały nas więc nieodwołalnie, że nikt z nas żyjących, nie przeżyje aktualnie władających nam miłościwie szafarzy publicznych pieniędzy, czytaj urzędników. Kiedyś była nadzieja, ale chyba zaszła, wraz z kolejnym słonkiem, za wzgórzem z sosenką na kolejnym znaku gminnym, który bardziej niż do gminy przynależy do gminu. Zaszła i zeszła…
My odejdziemy, a oni trwać będą, bo niestraszne im: obciach i popełnianie błędów kardynalnych. Żadnej finezji w mydleniu oczu, albo się podoba, co oni wyprawiają, albo tym gorzej dla nas, obywateli:

Na argument, że wyprawiają, ale za nasze pieniądze, milczą, albo odpowiadają bez mrugnięcia okiem, że w takim razie to wyprawianie to wolontariat, jak można się przekonać w wątku na temat oficjalnego logo 2012 Rok Janusza Korczaka, o czym będziemy wspominać za chwilę.

Naszym zdaniem, należy więc zaprzestać jakiegokolwiek flirtu z sektorem państwowym.
Dla uratowania resztek godności własnej i zdrowego rozsądku. Chyba, że lubicie, by mówiono wam, że jesteście Ąccy, per panowie graficy, łasi na każdą bułkę i tak dalej w tym samym tonie ad personam.

Oto taki przykład, już użyty powyżej. Akcja o kryptonimie Korczak, której obrończyni, pani Dorota, stała się, w ciągu ostatnich kilku dni, memem polskiego internetu, do poczytania na Facebooku.

Trzeba przyznać, dyskusja poruszała się momentami po bardziej interesujących torach: wychowanie obywateli, kształtowanie wyczucia piękna i estetyki w społeczeństwie… Jak mniemamy, może właśnie dzięki osobie samego Korczaka, którego nazwisko, przy okazji, odmieniono chyba we wszystkich przypadkach w tej dyskusji, przeciągnięto z obozu do obozu i to nie raz, jakby ten jeden, który zaważył na jego życiu, nie był wystarczający aż nadto.

Kosecki wymiata i nie przestaje zadziwiać
obrazek za Michałem Koseckim

Niestety, ze szkodą dla tematu, obydwie strony uchwyciły się nieszczęsnego użycia w konstrukcji logotypu fontu Comic Sans, który, na marginesie, faktycznie nie został stworzony z myślą o uświetnianiu nobliwych jubli, lecz do szybkiej akcji typu prześmiewczy pasek z kotem Garfieldem. Gdzie Korczak zamordowany przez oprawców, gdzie gruby, spasiony, leniwy kot!
Na nieszczęście, strona obrońców znaku, bardzo się do obrony użycia tego fontu przywiązawszy, broniła go także argumentami, których w logicznym dyskursie obronić się nie da — chyba, żeby uznać za właściwe, w demokracji, argumenty liczbowe podane bez wsparcia badań albo argumenty siły, sprowadzające się do takiej mniej więcej oto filipki:

logotyp jest dobry, bo się podoba dzieciom.

Trafiony zatopiony! Chyba, żeby sobie przypomnieć, jak nasz kolega Michał Kosecki, że:

Wydaje mi się (podkreślam – wydaje mi się, mogę się mylić), że o ile podmiotem działań skupionych wokół tzw. Roku Janusza Korczaka mogą być dzieci, o tyle kierunek tych działań i ich komunikacja jest zwrócona na nieco inny target – od instytucji publicznych, przez rozmaite NGO-sy zapewne, aż po szeroko rozumianą opinię publiczną. Częścią tej komunikacji jest ów twór, który wyżej wszyscy podziwiamy. Nic mi nie wiadomo o tym, by dzieciom się on podobał (bo rozumiem, że pada tu argument ilościowy, a o żadnej euforii ze strony maluczkich na ten temat nie słyszałem), proszę pamiętać także o tym, że estetyka i postrzeganie dzieci jest nieco inne – i znów, wydaje mi się, że w tym wypadku rozbieżne z choćby intuicyjnym postrzeganiem owego znaku przez target działań komunikujących całą akcję. Dobrym przykładem jest tutaj Order Uśmiechu – czy zauważył Pan, że jego projekt dopracował Szymon Kobyliński (profesjonalista, a tfu! tfu!)? Pana zdaniem należało pozostawić projekt odrysowany od talerzyka i szklanki (niczego nie ujmując Ewie Chrobak)? Tam sama idea była prosta, nośna – toto powyżej – nie wiem, co komunikuje.

Argumentacji obrońców wydarzenia ogarnąć nie da się na tyle, by streścić tu, ad hoc, ocokaman, chyba, żeby użyć słów żołnierskich, a to porządny blog**, tu się przeklina, ale tylko, jeśli jest uzasadnienie!
Skoro już o tym mowa, czyli o sensie i zamyśle: tak nasz kreatywny, mareksy, wypowiedział się w wątku, próbując oderwać tę dyskusję od nieszczęsnego fontu i skierować ją na merytoryczne tory, skoro była taka prośba ze strony obrońców:

Pominąwszy Comic Sans — nazwa zobowiązuje, na marginesie — to nic nie zostaje… a klipart to nie logo.

Na pewno nie ma tu logotypu, nie ma nawet logo, jest brak kompozycji (trudno nawet mówić o braku wyczucia tejże, to po prostu jest bezdenny brak) i dziwna estetyka — wyrażająca się w łączeniu ognia z wodą (różne style graficzne, różne kreski), nie tworząca w efekcie kolażu, którego można by się spodziewać po wyborze takiego środka wyrazu — nie dająca poczucia, że u podłoża tego czegoś leżała jakakolwiek myśl.

W identyfikacji sama myśl to jeszcze za mało, w identyfikacji to musi być myśl spójna i logicznie uzasadniona, inaczej nie da się stworzyć sprawnego i skutecznego tzw. systemu identyfikacji, zbioru elementów składających się na całość i wzajemnie z siebie wynikających.

Ma nadzieję, że takie uzasadnienie zostanie wreszcie przyjęte przez Panią Dorotę i przedstawicieli 2012 Roku Janusza Korczaka, bo taki tu był wystosowany apel od Państwa, by nie potępiać, tylko wskazać błędy. Pozwoliliśmy sobie wskazać błąd podstawowy w Państwa działaniu, który, w logice, ale i prakseologii, pozwala unieważnić całość Państwa działania.

za co został wrzucony przez obrońców do jednego kotła, cytujemy:

Czytam tę dyskusję i ręce opadają. Poza @Marek Klapka ze strony niezadowolonych czy wręcz oburzonych- nikt nie powiedział o co chodzi. Szacun Marku. […] Poraża mnie brak taktu i pieniactwo.

Jak się zapewne spodziewacie teraz usłyszeć, więcej mareksemu nie pozwolimy nauczać, za darmochę, i zdradzać maluczkim know-how! Tu ma siedzieć, na dupie w studiu, i za to samo, co tam napisał, brać ciężkie miliony, by tylko nam żyło się dostatniej i takie tam… wyraziliśmy się jasno?

 

Po Korczaku to już z górki.

Web goes On Strike

Internet najpierw sam zastrajkował, przeciw legislacji SOPA i PIPA, przynajmniej ten amerykański, a potem został wyłączony przez Anonimowych za zamknięcie jednego z serwisów służących do dzielenia się plikami — Megaupload. Strach dać linka, jeszcze smutni panowie dwaj, przynajmniej jeden z eFBIaj, wpaść mogą z wizytą, poczuliśmy się zastraszeni, a to dopiero był początek! Czytajcie dalej!

victory

Postrajkowaliśmy, raptem jedną noc, na dłużej nie było przyzwolenia, a tu się okazuje, że strajku nie można tak po prostu odłożyć ad ACTA!

Naszemu Premierowi udało się zgrabnie zgrać swoją akcję (ACTA) z protestami przeciw SOPA i PIPA oraz akcjami Anonimowych, które przykryły jego działania!
Nie pierwszy raz się okazuje, że mami się nam oczy PIPĄ, a na zapleczu ktoś nam w ACTA zagląda!
Serio, to chyba tylko przypadkowi możemy zawdzięczać fakt, że w ogóle się dowiedzieliśmy, już nawet nie jako autorzy, lecz zwyczajni obywatele, iż wprowadzają nam jakieś znaczące zmiany do naszego radosnego życia. Przypadek ten nazywa się rządowa potrzeba sukcesu na gwałt, jakiegokolwiek sukcesu, a gwałt to już niekoniecznie, może się odcisnąć, ewentualnie, ale tylko na obywatelach, rządu nie ruszać.

My na to mówimy jedno. Ochrona dóbr i praw tak, ale w sposób cywilizowany!

Wiemy też jedno. Jeśli coś się wprowadza, jak ACTA, w ukryciu przed nami, to na pewno nie jest to dobre dla nas, jeśli na chybcika, to, przynajmniej w Polsce, z pewnością będzie wymagało jeszcze wielu poprawek, więc też nie jest dobre dla nas!

Jeśli Pan Premier chciał dobrze zrobić nam, autorom, to trzeba było uszanować podmiotowość twórców, bo nic o nas bez nas, trzeba było, na przykład, Panie Premierze, nie ucinać kosztów uzyskania przychodów przy umowach autorskich o dzieło. To byłby dopiero sukces, powściągnąć głupawe pseudo-reformatorskie zapędy… a tak, z sukcesów, pozostaje tylko ACTA, której nikt nie chce!

 

Sami widzicie, lepiej być nie może.
Uważam Rze, wspomniane na wstępie, poświęciło większość ostatnich numerów na przekonywanie swoich czytelników, że nasze Państwo to groteska. My się nie zgadzamy z tym sposobem widzenia naszego Państwa, w grotesce musi być jakiś fragment absurdalnej, ale jednak myśli. Znaleźliśmy się raczej w cyrku i to w charakterze tresowanego niedźwiadka, który nie ma wpływu na ilość razów, które spadną na jego grzbiet, wymierzone ręką tresera-sadysty. Chyba, że miś się odgryzie, przy pierwszej nadarzającej się okazji, dosłownie i w przenośni… ale, gdyby tak się stało, to by oznaczało, że jest jeszcze jakakolwiek nadzieja, tak dla wychowania estetycznego jak i demokracji w naszym kraju. Jest? Jeśli tak uważacie, to może nie słyszeliście o akcji kryptonim Biedronka?!

P.S. O biednym małym Misiu z literką d, jak djupa, to już sami sobie poczytajcie, nie chce nam się przepisywać, my też jesteśmy slaktywni :D

________________________________________________
* w którym, raz, nie braliśmy udziału, dwa, gdzie obywatel ten wyciągnął z naszego archiwum stary znak, opracowywany jeszcze na potrzeby innego konkursu dla tego miasta, i autorytatywnie zarzucił nam publicznie niekompetencję, w kwestii tych jąder właśnie, więc dobrze, że miasto potwierdziło iż byliśmy na prawie, inaczej musielibyśmy z tym wszystkim na głowie żyć, najmniej, do końca naszej śmierci ;)
** czytajcie także: Ktoś tu ochujał!
*** stali bywalcy wiedzą, nowym zwracamy uwagę, teksty przytaczamy w oryginalnej pisowni i szyku.

Zmęczeni chaosem…

2011-10-07, piątek at 23:36 | posted by Creamteam

…sobie i Wam życzymy, by poniedziałek okazał się pierwszym dniem sprzątania rzeczywistości, zwanej ówdzie stajnią Augiasza, a tam polskim gospodarstwem, a jeśli już miałby nam towarzyszyć chaos, to tylko taki:

obrazek za Thorsten Becker na Facebooku

A skutków jakoś niet.

2011-09-16, piątek at 13:57 | posted by Creamteam

Wznawiamy, po letniej przerwie, nasze pisanie, chociaż nie chce nam się strasznie. Dlatego uknuliśmy szatański plan, dziś właściwie nic nie napiszemy, pisząc, o czym nie pisaliśmy.

Nie napisaliśmy więc o nowym pomyśle Polski na promocję Polski za granicami naszego uroczego grajdołka.
Obejrzeliśmy „Polska? Tak” i nie wiemy, co powiedzieć, a co dopiero tu napisać, może tylko tyle, że taki ładunek możliwości i tak skopany, technicznie i fabularnie, więc, przechodniu, nie mów światu, że leżymy tutaj, że jesteśmy my i nasze umiejętności z POLZKA, kraju, w którym filmowcy go promujący nie wiedzą, jak się opowiada historie i montuje filmy, także na blue boksie:

Moglibyśmy też dołączyć do chóru głosów, twierdzących, że wypowiedzi aktorów mają charakter wytrychów, pasujących równie dobrze do Malezji, czy Afryki, w całości, nie dołączymy jednak, bo od zagadnień technicznych, położonych w tym filmie niby promocyjnym, do kwestii merytorycznych daleka droga, a jak daleka, postanowiliśmy pokazać na przykładzie innego filmu promocyjnego, też z POLZKA, ba, firmowanego przez instytucję, TVP, wielce krytykowaną wciąż w kraju za właśnie jakość produkcji. A tu taka niespodzianka! Dzieło wybitne, co sprawia, że w opisanym wyżej kontekście film promocyjny Polski żenuje jeszcze bardziej. Wywiad z, praktycznie jedynym rozpoznawanym przez świat współczesny polskim nazwiskiem, Draganem, który robi lepszą robotę dla promocji kraju, niż to coś tam na górze, a nawet, jeśli nie, to jest po prostu współcześnie dobre, adekwatne do obowiązujących standardów i możliwości:

(tam też druga część tego wywiadu)

 

Nie napiszemy także o nowej świeckiej tradycji, czyli infantylizacji, które opanowało branżę identyfikacji. Co tu bowiem można napisać, gdy, co nowe logo, to gorzej.
Świeży przykład to nowa identyfikacja Onet.pl, która czerpie inspirację garściami z nowej identyfikacji Netii, równie nieudanej i wtórnej, o dziwo, bo zastosowano przecież, „nowatorskie” rozwiązanie tzw. „niezdefiniowanego logo”, na dodatek w branży nowych technologii (pamiętamy Play). Najciemniej jednak pod latarnią.
Można wiele napisać o samym logotypie (bo przecież nie logo) Onetu, gdzie faktycznie twórcy nie przemyśleli go do końca, stąd różnorodność kresek i zakończeń, która raczej nie sprawdza się w środowisku niskiej rozdzielczości, jakim jest internet.
Równie wiele można mieć zastrzeżeń do nowego layoutu stron Onetu, gdzie króluje cyjan jakby rodem wyjęty ze stron Skype. Szkoda tylko, że design nie jest już tak dobry, jak ten Skype, a wręcz cofa się do stylistyki modnej ok. 1997r.


Najlepszą uwagę, jaką widzieliśmy, poczynił Michał Dębiec, pokazując, jak fachmani od internetu zapomnieli o niedowidzących:

layout

Jeszcze gorzej, gdy sobie uświadomimy, że Onet wprowadził całą tę identyfikację za wcześnie, odtrąbiwszy publicznie wielki sukces nowej identyfikacji w momencie, gdy ani ona nie jest zbliżona do możliwości urządzeń mobilnych, vide porównanie ze Skype, ani nie jest spójna, bo, w dniu konferencji Onetu, taka np. Sympatia nadal miała własny layout, a to dwa z 3 celów, które Onet uznał za kluczowe w nowej identyfikacji i ponoć je osiągnął. Trzeciego nie pamiętamy, więc, zgadliście, nie napiszemy o nim. Chcieliśmy sprawdzić dyskusję u Moona, gdzie wszystkie 3 zostały opisane ale nie udało nam się, nie wiemy, czy z powodów technicznych leżących po stronie Facebooka, czy też Moon uznał, że dość razów z każdej strony, jak na jeden raz ;)
Poza tym, Onet wprowadził jakiś farfocel, o którym mówiono na zasadzie, „wiemy, ale nie powiemy”. To nie mówcie, wzruszenie ramion:

layout

 

Do tej pory problem dotykał przede wszystkim Państwa, urzędy faktycznie nie mają się czym popisać, w naszym mniemaniu ich problem polega przede wszystkim na byciu niewolnikami przetargów, czyli próbie wtłoczenia sztuki (tu rozumianej jako sztuka rzemiosła) w ramy systemu wag, z których ulubioną, urzędników, jest cena. Dodajmy, najniższa.
Kiedy jednak problem dotyka dużą firmę prywatną, jak Onet, czy tuż przed chwilą, PKO Bank Polski, to czas się jednak zastanowić, o co biega.

Jedni twierdzą, jak widać, że syndrom kuzyna wiecznie żywy, my jednak twierdzimy, że duże korporacje zdają się cierpieć na to samo, co urzędy Państwa, tu też od głowy rybki do ogona droga długa. W efekcie, najczęściej nie wygrywają tych „zawodów” do lukratywnego zleconka dobrzy, tylko wystarczająco zdeterminowani, nie ci, co potrafią, ale ci, którym będzie dane umieć (może w przyszłej dwudziestolatce, ale tylko, jeśli trochę poterminują u kogoś dobrego), a poważnym problemem przetargów w Polsce (jak się wydaje, także tych prywatnych) jest skuteczna eliminacja rażąco zaniżonych ofert, jak czytamy w artykule p. Zofii Jóźwiak pt. Nasze prawo pozwala na sprawne przetargi, Rzeczpospolita, 11-07-18, nr 165 (8981), str. C2.
Dziś fachowiec to nie ten, co nim faktycznie jest, a ten, kto się nim umiejętnie obwoła.
Skoro już o tym mowa, nie napiszemy więc i tym razem o naszym ulubionym fachowcu, Pawle Tkaczyku, który tym razem, o dziwo, jak nigdy, nie obwołał się sam, a został obwołany, specjalistą od grywalizacji. Może ten obrazek, opublikowany przez bayerberga na Flickr:

a który ostatnio krążył po sieci, trochę ostudził Pawła w zapędach, faktem jest, że ostatnio obwołał się chyba tylko typo-nazi (na Google+), cokolwiek to znaczy.
Wracając do grywalizacji, skoro o niej nie piszemy, to nie pytajcie nas, co to takiego, bo widzieliśmy kilka prób wytłumaczenia tego nowego terminu, podejmowanych przez samego zainteresowanego, specjalistę, od Golden Line po Google+ i prawda jest taka, że jedyne, co możemy powiedzieć to to, że sam zainteresowany nie wie, albo, tak macie rację, „wie, ale nie powie” (prawda, było już dzisiaj, ta strategia też jakoś modna ostatnio), bo przecież zaraz inni staliby się ekspertami.
Nie napiszemy więc nic o grywalizacji, gdyż jako stare konie, które spędziły, lekko licząc, 20 lat życia w różnych szkołach, zapomnieliśmy już, co to jest wychowanie przedszkolne i elementy rywalizacji w grach i zabawach, których byliśmy częścią w zerówce, a potem w pierwszych trzech klasach podstawówki.
Zapomnieliśmy, ale przypomniała nam nasza ostatnia robota, czyli płyta CD z książką pt. Zabawy przy muzyce dla najmłodszych, pod redakcją p. Joanny Bernat, wydawana właśnie przez BabyMusic (więc szukajcie w sklepach, albo napiszcie do wydawcy,  p. Krzysztofa Miendlarzewskiego.
Skoro już nam się przypomniało, śpieszymy donieść Pawłowi, że nie musi reglamentować swej wiedzy, bo jest więcej specjalistów od grywalizacji w Polsce, wliczając w to grono, nie tylko pedagogów, ale i nauczycielki wychowania poczatkowego, i wychowania przedszkolnego, a kto wie, może, nawet szkolne higienistki.

 

I tym optymistycznie satyrycznym akcentem zakończylibyśmy historię nienapisanych wypowiedzi pisemnych, informujemy więc tylko, o bieżącej polityce też nie piszemy, zwłaszcza, że Co Na To Diabeł świetnie nas wyręcza, a i słysząc ostatnie wypowiedzi polityków, nie ma się ochoty na pisanie czegokolwiek, bo, np. usłyszawszy takie zdanie Tuska: To nie jest ten moment, nie możemy oddać władzy, co normalny, wykształcony, doświadczony Komuną, człowiek mógłby napisać, że widocznie, gdy p. Tusk zaglądał w przepaść, czerwona przepaść zajrzała też w jego duszę, dyktując mu słowa, które już raz dawno temu słyszeliśmy i, że to jest ten moment, należy Tuska jak najszybciej przenieść do Pułtuska, na rehabilitację?

P.S. Jest jednak kilka spraw, o których musimy napisać.

Tak więc, nasza promocja z poprzedniego wpisu, skierowana do kobiet, udała się nad wyraz, w efekcie możecie się spodziewać w przyszłości nawet opracowania z realizacji projektu wdrożonego w ramach promocji, gdyż mamy zgodę jednej z beneficjentek.

Ponieważ jesteśmy bombardowani pytaniami na temat konkursu oraz prośbami o jego powtórzenie, więc informujemy niniejszym, że powtórzymy, informacja w najbliższym czasie, czyli czytajcie nas i trzymajcie rękę na pulsie.

Przy organizacji promocji pomagała nam Ewelina z Marketingu Kobiet, gdzie można było uzyskać dodatkowe profity od nas, posługując się specjalnym hasłem, udostępnionym na Marketingu Kobiet.
Jak widzicie, nie wystarczy czytać nas, trzeba czytać także tych, których lubimy i wspieramy, a którzy lubią nas i nam pomagają.

Dziś kolejna okazja do poczytania Marketingu Kobiet Eweliny, zwłaszcza, że Ewelina rozpisała konkurs!
Uwaga dziewczyny,
konkurs, w którym można wygrać rzecz niecodzienną, szczegóły na: http://marketingkobiet.pl/?p=2742