Prawo autorskie w praktyce projektanta, szybki kurs korespondencyjny

Pani Marianna Poproch-Wesołowska, prawnik w Kancelarii MPW z Krakowa, w swoim artykule, traktującym o startupach, mówi także, a może przede wszystkim, o zazębianiu się aktów tworzenia z regulacjami prawnymi.
Mówi tak naprawdę o tym, z czego my tu w Studio od zawsze zdajemy sobie sprawę, ale rzadko kto chce nas słuchać. Ba, część naszego zespołu też reprezentowała to karygodne przeświadczenie, że to nieważne, a wszelkie  przestrzeganie zawczasu, to przecież tylko czarnowidztwo, jak opisuje, nomen-omen, autorka. Na szczęście, część ta już nie jest zespołem… przynajmniej nie naszym.
Wracając do tematu, postanowiliśmy zacytować fragment artykułu p. Marianny, bo cieszy nas sam fakt, że wołanie nasze, chociaż jest na puszczy, nie jest już krzykiem samotnym.

Ponieważ i tak nic nie robicie, wszak jest poniedziałek, oddajmy więc głos pani Mariannie, zapraszając jednocześnie do przeczytania reszty wspomnianego artykułu jej autorstwa, opublikowanego na blogu jej kancelarii, dlatego, że porusza ważki problem społeczny: brak podstawowej wiedzy prawnej w społeczeństwie i co gorsza, w branży projektowej.
Ważki także dla nas. Nie ukrywamy, że często musimy udzielać porad prawnych swoim kolegom z branży, kompletnie zielonym jak szczypiorek na początku sezonu na nowalijki, a którzy może i są czegoś uczeni na tych aespeach, ale raz, by się nauczyć, trzeba woli samego zainteresowanego, a dwa, najpierw trzeba uczyć, a chyba nie ma żadnych solidnych podstaw, by stwierdzić, że uczelnie artystyczne i zawodowe szkolą, niech już tylko, z prawa autorskiego, o KC zapomnijmy!
Branża projektowa, generalnie, to w ogóle wygląda jak stado baranków, których tylko przez przypadek nikt jeszcze nie poprowadził na rzeź (dobra, niech wam będzie, czasem, nawet często, branża dostaje po dupie od jakiegoś szczwanego lisa, co się przebrał w piórka p.t. zamawiającego i udaje klienta). Widocznie taka branża, nikomu się nie chce jej strzyc, bo pewnie szkoda nakładów na te marne ewentualne zyski, chociaż sądzimy, że to inny powód i zaraz wam to udowodnimy.


My mówimy: prawo autorskie, a pierwsze wasze skojarzenie mówi, że?!… Właśnie!
Nikt nie będzie szanował kogoś, kto sam się nie szanuje. Praca na żywioł, bez znajomości jej podstaw prawnych i organizacyjnych, jest dla nas bowiem brakiem szacunku, do siebie i potencjalnych klientów, których interesem pracujący na pałę zagrywa niczym w luksemburskim kasynie, va banque, gdy w głowie i portfelu już pustka.

Drodzy Projektanci, ale i wy, Najdrożsi Klienci, nim się następnym razem wygłupicie w oczach tych, co wiedzą więcej i widzą dalej — wszak nie poddaje chyba nikt w wątpliwość istnienia tych, co mają sokoli wzrok, i tych, co mają denka od butelek — twierdząc, że to nieważne, pamiętajcie, zło istnieje niezależnie od stanu waszego stosunku do jego istnienia. Najpierw też uwierzcie, że…

nieznajomość prawa szkodzi

Niepokojąca jest tylko nieświadomość uczestników tych startupowych weekendów co do konsekwencji prawnych, które związane są z udziałem w takim wydarzeniu. I nie chodzi tu broń Boże o jakiekolwiek czarnowidztwo czy groźby, a o pewne fakty. Idea startup weekendów polega na tym, że grupka osób, niekoniecznie wcześniej sobie znanych, wspólnie pracuje nad pomysłem, na który wpadła jedna z nich. Póki ich praca zamyka się w ramach przyjaznej współpracy, na potrzeby tylko tego weekendowego spotkania, nie ma problemu. Sprawa komplikuje się dopiero w przypadku, gdy dany pomysł wygra czy zainteresuje jakiegoś inwestora, gdy pojawi się perspektywa pierwszych pieniędzy. Wtedy też okazuje się, że działanie ad hoc w przypadku startupów nie do końca się sprawdza.

 

Kto ma prawa autorskie do startupu?

Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę, że zgodnie z obowiązującym prawem, idea jako taka nie jest chroniona jakimkolwiek prawem autorskim. Oznacza to, że pomysłodawca na startup nie ma żadnej prawem zapewnionej gwarancji na to, że nikt jego pomysłu nie wykorzysta. Co ciekawe, w lepszej sytuacji niż on znajdują się osoby, które „przyjął” do swojego zespołu. Grafik, który opracuje logo dla nowego startupu oraz cały jego layout posiadał będzie do nich osobiste i majątkowe prawa autorskie. Tak samo wyglądała będzie sytuacja programisty, który rozpisze dla startupu wszystkie jego funkcjonalności. I nie będzie miało tu żadnego znaczenia, że działania tych ostatnich były w ogóle możliwe dzięki pomysłowi „założyciela” starupu, niestety – najsłabiej chronionego.

…i co, łyso Wam, Drodzy, Koledzy i Koleżanki? ;)

 

_

Czytaj też o zagadnieniach prawnych na blogu Creamteam Branding & Advertising Design Studio:

18 Pingbacków/ Trackbacków