Oddać hołd njujorkerom

 

„Amerykanie wybierają, ale skutki ich wyboru będziemy ponosić wszyscy.” — CNN, self-promo ad

 

Siedzimy sobie w studiu, coś tam, coś tam na boku dłubiemy, pichcimy, jak to w robocie, duperszwance i takie tam, a że jesteśmy już w tym biegli, więc umysły nasze nie bywają tak zajęte, jak można by się spodziewać przy obróbce grafiki skrawaniem.
Psychologia zna to zjawisko, im bardziej doskonali jesteśmy w wykonywaniu danej czynności, tym mniej trzeba udziału świadomości przy kontrolowaniu jej wykonania.

Jeśli właściciel potrafi się wyłączyć, uwolniony w ten sposób umysł, szybuje sobie swobodnie, zajęty rozmyślaniem, i nic mu w tym zajęciu nie przeszkadza.
Nawet telewizja. Ta sama, co zwykle, używana w postaci brzęczenia za uszami — niczym radio jeszcze kilkanaście lat temu — jak to ma miejsce w wielu polskich domach*. Nie przeszkadza, bo na wzór różowego szumu wdziera się niepostrzeżenie do głowy odbiorcy i, często, za chwilę zostaje z tej głowy wyparta przez te same bodźce, które z sobą przynosi… co za makiawelizm kryje się w systemach obronnych mózgu.

* A tak przynajmniej tak uważa Vadim Makarenko w książce Tajne służby kapitalizmu, wyd. Znak, którą polecamy, bo to kawał dobrej roboty i sprawne pisarstwo, co w marketingu jest dziś rzadkością. Na marginesie, ciekawostka, sporo miejsca poświęca autor badaniom przeprowadzanym przez p.Ohme, który zrobił kilka lat temu tyle zamieszania wokół siebie, może ktoś pamięta.

 

Uwolniony w ten sposób umysł, szybuje więc sobie swobodnie, zajęty rozmyślaniem, i nawet się nie spostrzeże, gdy coś go zacznie uwierać. Powoli, nieubłaganie… i nad wyraz skutecznie. Stępiony, o czym było wyżej, bzdurnym lokalnym przekazem telewizyjnym, na który już od dawna nie reaguje, nie od razu rozpoznaje, że coś się dzieje, a dzieje się sporo, bo tym razem, kontent jest inny. Amerykański.
Najpierw dzięki wyborom w USA, a teraz za sprawą huraganu Sandy nad New York City, tv w studiu ustawiamy na CNN i inne anglojęzyczne stacje zagraniczne. Ponieważ jednak nie można całej uwagi poświęcić tym kanałom, tak, jak nie można przecież żyć w ciągłym napięciu, raczej prędzej niż później oglądany program zamienia się miejscami z tłem.
W normalnej sytuacji (czyli opisanej wyżej, w obecności znanych nam lokalnych nadawców) tak sobie to płynie, umysł i percepcja jednym torem, przekaz telewizyjny drugim. Nie zazębiają się, nie spotykają, chyba że telewizja znów nada głośniej reklamówkę (albo jak chce pewien autor, przestanie ściszać przekaz, bo zaczyna się blok reklamowy), wybudzając umysł i przywołując z jemu tylko znanych światów, które peregrynował.

Tym razem, z początku było podobnie, dopiero po dłuższej chwili zaczęło do nas docierać, że owszem, duperszwance są metodycznie posuwane naprzód, ale umysły nasze nie roztrząsają żadnych ważkich kwestii jak utopia polityczna czy inna kraina szczęśliwości i dlaczego nie można doprowadzić do ich zaistnienia.
Nasze umysły słuchały, a nie przeszkadzała temu słuchaniu nawet słaba znajomość angielskiego (u co po niektórych, umówmy się)!
Słuchały i chciały więcej, tego słuchania! Wiecie dlaczego?

Mareksy wyłożył to w krótkich żołnierskich słowach, gdy przerwał ogólny stan zasłuchania pytaniem:

Czy oni przemawiają do mnie komunikatem?!
[co w języku skrótów myślowych kreatywnych oznacza mniej więcej, że kreatywny właśnie sobie uświadomił, iż nadawca komunikuje się z nim, robi to na poziomie, przez kreatywnego przeintelektualizowane synapsy, akceptowalnym, bardzo grzecznie i na dodatek z szacunkiem dla jego osoby — przyp. aut.]

Tak, właśnie tak! Prezenter, dziennikarka i reklamówka. Wszyscy z osobna i wszyscy razem mówili do nas, komunikując nam, dlaczego w ogóle się z nami kontaktują i dlaczego ich komunikat jest powinien być dla nas ważny (a dalej, to jak już tam sobie zdecydujemy).
Żadnego taniego populizmu, żadnej dydaktyki, a przede wszystkim żadnego trybu nakazowego: zrób, wygraj, nasraj… najlepiej sobie na głowę (a przynajmniej takie odnosimy wrażenie, obcując z polskimi reklamami, nie wierzycie, poczekajcie na rozkwit sezonu na leki w związku z aurą za oknem, sami zobaczycie).
Żadnych tanich zagrywek z polskich bloków reklamowych, z trzykrotnie wykrzyczanym komunikatem voice-overa rodem z ivony, który za Chiny nie ma, nawet zrębów, polskiej artykulacji. Za to pełno komunikatów z ładnym, ciekawym, ciepłym głosem, w każdej reklamie innym, o dziwo… jakby zasada wyróżnij się albo zgiń Jacka Trouta wciąż miała zastosowanie w świecie. Ba, jakby w ogóle jakieś zasady dobrego przekazu reklamowego w ogóle jeszcze istniały.
To co zostało, to idealne wcielenie USP (unique selling proposition), o którym możecie sobie dokładnie przeczytać w wynurzeniach kilku guru reklamy, w książkach do nauki marketingu i, na szybko, na blogu Macieja Tesławskiego.
W ciągu kilku chwil, bo CNN nie atakuje reklamami po 30 minut jak wiodące publikatory w Polsce, niezachęcani, niezainteresowani, zrozumieliśmy, dlaczego należy wspierać szkolnictwo w RPA, pojechać do Indii i, przede wszystkim, dlaczego powinniśmy interesować się sytuacją wewnętrzną USA… Tak, teraz rozumiecie już, skąd cytat na początku! Jeśli więc chcecie wiedzieć, jak to robić, zobaczcie, jak to się robi, tylko, błagamy, u źródła!

 

Na wspomnienie słowa źródło, huraganu Sandy i, przede wszystkim, Nowego Jorku czas w naszym felietonie na Michała Urbaniaka, jak się nam wydaje — po zapoznaniu się z jego autobiografią Ja, Urbanator — pierwszego Newjorkera pośród Polaków.

Ja, Urbanator, A. Makowiecki, M. Urbaniak, wyd. Agora, 2012

Wydaje nam się także, że nikt, może poza naszym mareksym, który wielkim miłośnikiem NYC jest od dziecka, nie odda piękna Nowego Jorku tak, jak zrobi to Michał Urbaniak, bo jak sam pisze (autobiografia pisana jest w 1. osobie, ale ręką Andrzeja Makowieckiego, przyp. aut.):

Przed wojną ojciec był przedstawicielem Forda w krajach Europy Środkowej i całe życie marzył, aby zobaczyć Nowy Jork. Po wyzwoleniu Polski przez hordy Armii Czerwonej zrozumiał, że marzenie jest nieaktualne, i zaczął się odgrażać, że to, co nie udało się jemu, uda się z pewnością jego synowi, czyli mnie. I tak się stało. Latem 1962 roku jako kilkunastoletni chłopak znalazłem się w Nowym Jorku z Wreckersami. Przedtem nigdy nie byłem za granicą, nawet w Bułgarii, więc kiedy ujrzałem płonące dachy Manhattanu, myślałem, że śnię. W Polsce wmawiano nam przecież nie tylko, że nie ma żadnego Jezusa Chrystusa. Między wierszami z bajdurzenia zastraszonych polskich belfrów wynikało, że w gruncie rzeczy nie istnieje również żadna Kalifornia czy San Francisco, a w Nowym Jorku to jest tylko taka ściana płaczu Wall Street, gdzie bogacze wyrywają biedakom wnętrzności. Patrzyłem więc na płonące dachy Manhattanu i myślałem, że śnię. Czułem się jak pijany, nie mówiąc o tym, że byłem pijany, bo jeszcze wtedy piłem, odziedziczywszy tę skłonność po ojcu.

Swoją umiejętnością oddania piękna NYC Pan Michał chwali się w książce jeszcze kilka razy, zawsze jednak cytując wypowiedzi zachwyconych jego twórczością prostych  nowojorczyków. To doskonały pomysł. Chyba szczególnie przypadła nam do gustu ta, która padła z ust pewnego nowojorskiego włóczęgi. Po szczegóły, tym razem, odsyłamy do lektury.

Sądzimy, że jeśli chcielibyśmy coś powiedzieć o nowojorczykach (a chcemy, by dodać im otuchy), atakowanych obecnie przez Sandy, oddać hołd ich odwadze i umiejętności radzenia sobie z przeciwnościami, czy pocieszyć, nie ma lepszego cytatu, niż, znów, z Michała Urbaniaka, cytującego pewnego pisarza:

Jedyna rzecz, którą może zrobić powalony fighter, to podnieść się i walczyć dalej.

 

 

Co ciekawe, to zdanie dobrze oddaje także sens losu artysty, tak generalnie, o czym najlepiej wie sam Michał Urbaniak, a liczne zwroty i zakręty swojej kariery opisuje bez zbędnego zadęcia, ze swadą i dowcipem. Tak zajmująco, że Ja, Urbanator stało się jedną z niewielu książek, która czytana była na głos i cytowana… nagminnie.

Ja, Urbanator to w ogóle kopalnia świetnych odpowiedzi na liczne pytania, które stawiają ludzie… w naszej branży. Nas to nie dziwi, sztuka to sztuka, a autobiografia Michała Urbaniaka to swoista encyklopedia jak żyć ze swojej sztuki… i nie umrzeć.

Sami zobaczcie!
Posłużymy się cytatami, bo z wyobraźnią Michała Urbaniaka i piórem Andrzeja Makowieckiego to my się ścigać nie będziemy. Za mało doświadczeń (jak na razie).

O wytrwałości w dążeniu do stania się sobą, a przez to stania się kimś:

Postanowiłem zrobić na tym polu wszystko, co tylko możliwe, nie oglądając się na indiańskie plemię pomniejszaczy główek, które zawsze rządziło polską kulturą.

[…]

Oczywiście, że w Warszawie też można szczęśliwie żyć. Ale ja czułem, że mam do spełnienia pewną misję, pewien obowiązek wobec swoich ambicji i uzdolnień…

[…]

– Wyśmienitych skrzypków klasycznych można liczyć na pęczki. – Jasne – przytakiwałem – na pęczki. Ale wciąż pozostaje tron dla najlepszego. Na górze jest najwięcej miejsca. – Żałujesz? – Nie. Każdy rewolwer gra swoją melodię.

jak pracować:

Hołduję zasadzie: nie graj muzyki, pozwól muzyce grać. Już ona, jeśli masz talent, zrobi za ciebie, co trzeba. No i pamiętaj: najwięcej wolnego miejsca jest na górze.

[…]

Nie chciałem krótkiej i pustej, kapryśnej sławy. Chciałem grać, komponować, cieszyć się moją ukochaną muzyką, która zawsze była dla mnie ważniejsza od rozgłosu. Nie jestem wcale tak próżny, jak to się niektórym zdaje. Może nawet w ogóle nie jestem próżny. Jestem artystą, kocham to, co robię.

[…]

Nie sposób oczywiście zdobyć wszystkiego, bo tego nie dokonał ani Bach, ani Beethoven, ani żaden inny człowiek w dziejach muzyki. Ta pani ma swoje humory! Możesz na nią popatrzeć. Możesz nawet ją podotykać. Niektórych wpuszcza do przedsionka, niektórych do pokoju, a niektórych nawet do łóżka. Nie znaczy to jednak, że jeśli zaczniesz ją posuwać, zdradzi ci wszystkie tajemnice.

[…]

Byłem szczęśliwy. Poświęciłem się bez reszty pracy, ale do dzisiaj wiem, że artysta tylko wtedy może być szczęśliwy, gdy pracuje. Żadne pieniądze. Żadna miłość. Zresztą urlopowany twórca, taki, co nic nie robi, tylko je i pije, nie jest zdolny do ogromnej, wybuchowej miłości. Jeśli nawet się zakocha, to na pół wzwodu.

[…]

Zrozumiałem w trakcie tej choroby, że talent stanowi tylko niezbędne minimum, reszta zaś zależy od pracy. To truizm, ale warto go zapamiętać. Jeśli gość z talentem nie będzie pracował, to go wyprzedzi inny gość, który ma talentu o połowę mniej. Tu coś podsłucha, tam coś zerżnie, bo poza tematem kradzież w muzyce improwizowanej jest dozwolona, no i leżysz – jemu zacznie basować krytyka; on dostanie pracę, nie ty. Nie mam nic przeciwko tytanom pracy, bo sam takim jestem, a w każdym razie – bywam. Znam facetów, którzy nie mieli słuchu, przyczepiali się jednak do instrumentu jak rzep. Ćwiczyli po dwanaście godzin dziennie, kopiowali, kompilowali i wychodzili na swoje. Więc żeby się z nimi pościgać, musisz pracować, a wówczas, jeśli masz talent, dasz im w dupę.

jak się wyceniać:

Bez trudu otrzymaliśmy nowy deal, kontrakt na nagranie następnej płyty. Tu jednak popełniłem błąd. Kiedy w gabinecie dyrektora Columbii padło pytanie, jaką chciałbym dostać zaliczkę, przełknąłem ślinę i czerwieniąc się, wymieniłem kwotę dwóch tysięcy dolarów. Facet zapłacił, ale parę dni później zapytał: – Michael, dlaczego nie zażądałeś pięciu tysięcy? Spociłem się z wrażenia. W tamtych czasach pięć tysięcy dolarów to były jeszcze pieniądze. – A gdybym zażądał, tobyś dał? – zapytałem dyrektora. Zaczął się śmiać i powiedział: – Nie wiem. Powinienem wyciągnąć z tej rozmowy naukę. Ale nie wyciągnąłem jej. W dalszym ciągu jestem miękki w finansowych pertraktacjach. Tymczasem Ameryka jest krajem, gdzie musisz się targować.

[…]

Dla dyrektorów Columbii wszystko jest możliwe, więc zapytają cię tylko: – Powiedz, przyjacielu, z kim chcesz grać? Parker umarł, Armstrong umarł, ale możemy zadzwonić. Taka jest właśnie Ameryka.

o posiadaniu własnego ja:

Jak czytasz, to najczęściej prasę fachową, przy czym zwykle z niczym się nie zgadzasz, bo masz własną teorię muzyki.

o konkurencji:

Zdawał się mówić, kiedy dmuchał, pod adresem jazzowych iluzjonistów: – To, że wy umiecie przebierać palcami, skurwysyny, to my już wiemy! Teraz pokażcie, co macie w środku!

[…]

…Jeden z naszych największych jazzmanów zdenerwował się kiedyś po kielichu i ryknął na mnie, kiedy leżałem z rękami pod głową: – Nie pierdol, Michał! Ameryka jest dla Amerykanów, a nie dla Polaków. Skoro my możemy grać w Polsce, to i ty możesz tu grać. Nie jesteś przecież od nas lepszy. A ja na to: – Pewnie, że nie jestem lepszy. Ja po prostu lepiej widzę i czuję. I dlatego właśnie, nawet jeśli jestem gorszy, wyjadę w końcu, a wy będziecie rzępolić tu do śmierci.

o freelansie:

Życie artysty bywa trudne, ale bywa również cudowne. Rollercoaster, czyli prawdziwy diabelski młyn. Cena radości bywa olbrzymia, ale w końcu sam sobie to jakoś wymierzam, o czym wiem zresztą od dosyć dawna.

o zarządzaniu (mareksy żąda, by dopisać: kreatywnymi):

Wiedziałem, że muszę pozyskać do tego celu najlepszych muzyków, takich, którzy są z jednej strony skończonymi artystami, z drugiej zaś facetami wystarczająco uprzejmymi (bo trudno tutaj mówić o skromności), aby całkowicie podporządkować się moim muzycznym wizjom. Każdy miał prawo zakładać, że nie jest gorszy ode mnie albo nawet że jest lepszy, szefem jednak miałem być ja, i tylko ja.

 

Na koniec niespodzianka, którą zorganizował w swej autobiografii sam Michał Urbaniak. Jeśli nie będziecie robić kwerend, a nie macie wiedzy kierunkowej o środowisku jazzowym, to tylko sięgając po tę książkę możecie zorientować się, kim jest tajemniczy Neskim, tak opisany:

Nie zrobił jednak od razu matury, bo po otwarciu napisano o nim we wszystkich łódzkich gazetach. Więc Neskim poszedł w glorii do szkoły, ale w połowie jakiejś lekcji nie wytrzymał, wstał i powiedział jakiemuś bolszewickiemu belfrowi: – Kurwa, ja się tu męczę, a za oknami sława! I wymaszerował z klasy, pozostawiając w ławce rodzoną siostrę, która dosłownie omdlała z zachwytu.

 

Jak to, jeszcze tu jesteście, zamiast kupować Ja, Urbanatora?!
Chyba mają dziś zniżkę i pojawiła się wersja audio ;)

 

Na marginesie, gdybyśmy przeczytali tę biografię wcześniej, nie skończyłoby się tylko na zakupie i gremialnym słuchaniu płyty (jakiś tydzień non-stop) Milesa Daviesa Kind of Blue, o której przeczytaliśmy tyle ciepłych słów w autobiografii Michała Urbaniaka, a która faktycznie, jak chce Michał Urbaniak, brzmi jak kamień milowy muzyki:

Miles Davies Kind of blue Cover

Miles Davies Kind of Blue Back Cover/ CD inlay
Załączamy tylną okładkę, która nam się bardzo podoba, ot takie skrzywienie zawodowe tych, co trochę okładek płyt zaprojektowali w swoim życiu. Wybaczcie. Naszym zdaniem, to powinien być cover tej płyty.

Dziś uwielbiamy ją jak Pan Michał, który dopisał do płyty Davisa nowy rozdział swoim hołdem, dla muzyka i jego dzieła, pod tytułem Miles of Blue:

Michal urbaniak Miles of Blue Front Cover

…i tylko szkoda, że płyt samego Michała Urbaniaka w polskich sklepach po prostu nie ma (Panie Michale, jeśli Pan to kiedykolwiek przeczyta, proszę, dla nas, coś z tym zrobić, YouTube to jednak nie to samo)

Oprócz zapoznawania się z dziełami Milesa Davisa i poszukiwaniem dzieł MU, umieścilibyśmy także Pana Michała wśród osób, które miały na nasze zawodowe postępowanie i sposób myślenia duży wpływ.
Taka lista istnieje, możecie się z nią zapoznać w udzielonym przez nas, a opublikowanym w 42. numerze New Web Pick magazine, wywiadzie.
Numer ten możecie sobie już kupić, podążając za tym linkiem
:

Interview with Creamteam on #42 New Web Pick mag issue, press for link

Jednocześnie dziękujemy Mr. Danny’emu Yu i Mr. Jimmiemu z NWP za tę wspaniałą okazję do zaprezentowania się na forum New Web Pick. To jednak jest rozmach:

Newwebpick e-magazine is one of the most popular and reputable e-magazine for the design industry in the world.  We have more than 4,000,000 subscribers in average reading our e-magazine.  The readers cover 155 countries and 10,592 cities.  Among others, they are mainly from USA, Europe, China, South America, Asia, Australia and Africa.  Our readers are all types of design fans, including designers of all kinds,professional designers and artists.  The e-magazine contains a lot of art types such as  digital publishing, Advertising, Website Design, Flash, Print Design, Graphics Design, Illustration, 3D Graphics, Product Design, Animation, Film-making, Interior Design, Architectural, Wraper Design, Photography, Fashion Design and so on.

 

7 Pingbacków/ Trackbacków