Nie o tym, nie o tym była mowa!

Niby piękne święto, bo dziś Światowy Dzień Książki — a tak zapaskudzone tym drugim członem: i Ochrony Praw Autorskich… Zapaskudzone, przypomnijmy, chciwością, która ogarnęła ostatnio świat — w każdym razie, ochrona, w formie proponowanej obecnie jako jedynie słuszna, jest niestrawna, wręcz przypomina czasem opowieści o zamordyzmie carskiej, nomen-omen, Ochrany…

 

To święto jest dobrym pretekstem do poruszenia ważkiej kwestii, która wyleciała nam z głowy podczas pisania poprzedniego felietonu o przewadze konkurencyjnej  amerykańskiego Amazonu i słabościach polskich wydawców.

Rzecz tyczy się, mianowicie, sztuki edycji, a więc sztuki, nie bójmy się tego określenia, wydawania słowa tak, by stało się żywe (i oczywiście zamieszkało, ale nie między nami, tylko w nas zapadło i tam rozkwitało, zapładniając naszą wyobraźnię).

Wbrew przekonaniom Kaszpira (przyjaciela Kremowego Domu) — który niegdyś usilnie stał na stanowisku, nieprzejednanym, że książka może być wydana byle jak (z błędami, o zgrozo, nawet ortograficznymi, ale także interpunkcyjnymi, podobnie jak składniowymi czy stylistycznymi), byle się dobrze czytała — stoimy wciąż na stanowisku, że książka nie może być wydawana z błędami (nawiasem mówiąc, słyszeliśmy ostatnio, jakoby nasz Kaszpir odchodził od swej linii „programowej”, zaznaczamy ten fakt, bo jest znaczący). Kaszpir nie tolerował tylko błędów logicznych, ale za te, o ile wydawca nie pomylił arkuszy przy oprawie, obciążyć można tylko autora, a jeśli w przekładzie, to raczej tłumacza, więc o tych błędach nie wspomnimy dziś nawet jednym słowem.

Właściwie o żadnych błędach nie będziemy wspominać, bo postanowiliśmy pokazać, na przykładzie, jak bardzo sztuka wydawania książek — ale i prasy, tak, tak, to do was, Uważam Rze, mieliście świetną korektę i co się wydarzyło ostatnimi czasy, no co, niech któryś z Panów odpowie, dlaczego schodzicie do poziomu bulwarówek niesłusznie nazywanych magazynami i tygodnikami, ponoć nawet opinii — podupadła na zdrowiu, by nie powiedzieć, kolokwialnie i po zbójecku (bo jest tu adekwatnie), wykitowała!

Przykład to miażdżący i nie wymagający komentarza:

Stopka redakcyjna

Mówią, że najciemniej pod latarnią, właśnie widać!
Pytanie retoryczne, jeśli tak wygląda stopka redakcyjna, jak wygląda zawartość książki, zaznaczmy, czwartego wydania…

I tylko chce się westchnąć, żebyście jeszcze dzieła tych swoich rąk, P.T. Wydawcy, rozdawali w tej sytuacji za darmo, ale wy wołacie za te nieszczęsne e-booki jak za zboże, często więcej, niż za wersję na papierze, wcale nie lepszą…

 

 

Wystarczy, bo, cytując Liroya, my wcale nie o tym (Scyzoryk, Liroy, nasz ulubieniec, źródło cytatów na każdą okazję, od tylu lat, dziękujemy)!

Jak anonsowaliśmy już w zeszłym tygodniu na Facebooku, otrzymaliśmy list od pana Marcina Beme w sprawie połajanki, która, naszym zdaniem, ale jak się za chwilę okaże, także p. Marcina zdaniem, słusznie spadła na Audioteka.pl.

Byliśmy do tego stopnia źli na tego wydawcę, że nawet nie zamieściliśmy linka do Audioteki, pomimo, że do pozostałych skrytykowanych wydawców link został umieszczony. Uznaliśmy, że nie będziemy promować takiego zachowania wydawcy, a jak ktoś zechce sobie wyguglać i np. zrobić zakupy, to już jego sprawa, zgodnie z rzymską maksyma prawną, chcącemu nie dzieje się krzywda.

Wracając do p. Marcina… Wychwalaliśmy Amazona i teraz musimy pochwalić Audiotekę.
Żadnego wygrażania pięścią, czy, jak w wypadku sprawy Dr.Oetker vs Kominek, wywijania wątpliwej jakości pismami maszynowymi z kancelarii prawnej.
Nawet żadne ciężkie słowo nie padło i paść już nie może, jak sądzimy. Z drugiej strony, brak sztucznej grzeczności czy uniżoności. To generalnie, a bardziej szczegółowo…

Po pierwsze, nie spodziewaliśmy się, że będzie jakikolwiek odzew* — jak to, przecież ich [nas—od autora] nikt nie czyta, jak mawiają branżowi znawcy wykresów Aleksy (jak widać, kto ma nas przeczytać, ten czyta).

Po drugie, przedstawiciel Audioteki nie przemówił językiem nowomowy pi-razy-drzwi-arowej. Pomimo, że, jak się wydaje, zapalił mu się grunt pod nogami (jak zrozumieliśmy z korespondencji, opisana sytuacja musiała naruszyć pewne ważne wewnętrznie struny i była osobistym zawodem dla niego) ani nie było głaskania nas pod włos, ani też warkoczących gróźb. Nic, co typowo jest wdrażane w zarządzaniu kryzysowym, żadnego sloganu czy formułki, widocznie p. Marcin, na swoje szczęście miał innych szkoleniowców, niż ci, co tak się plenią po Polsce albo akurat wtedy wyszedł na, jak oni to nazywają w swoim slangu, przerwę kawową.
Po prostu jeden człowiek zauważył, że po drugiej stronie kabla od monitora jest inny człowiek, i przemówił ludzkim głosem. To idealne zagranie, gdyż pozostawienie stronie przeciwnej możliwości decyzji co do dalszej dyskusji oraz możliwości zachowania twarzy, tak bliskie japońskiemu sposobowi robienia biznesu, wytrąca oręż tej stronie.
O ile adresatem tak sformułowanej wiadomości będzie człowiek dobrze wychowany, jedyne, co może się w tym momencie zawiązać, to pierwsza nić porozumienia i nawet sympatii między stronami (gdy tymczasem my tu orzemy na ugorze korporacyjnych pseudo-grzecznych zwyczajów, łakniemy dobrego zachowania niczym kania dżdżu).
Jeśli zaś będzie to człowiek z gminu, cóż, z mądrym lepiej zgubić, niż z głupim znaleźć, lecz na wielkoduszność nie wypada odpowiedzieć inaczej, niż tym samym.

Pan Marcin, po trzecie wreszcie, przeprosił także za zaistniałą sytuację, poinformował nas o swoich decyzjach w sprawie (aczkolwiek miły gest, ale nie wymagany) i znów oddał nam pola do manewru, w ostatnim zdaniu pozostawiając do naszej decyzji chęć dalszej współpracy nad zakończeniem konfliktu.
Jak sądzicie, jesteśmy po stronie Audoteki, czy nie?

Nasz opis oczywiście jest skonstruowany wg pewnego klucza, najpierw opisaliśmy to, co w takim kryzysowym kontakcie jest najważniejsze, zauważcie, przeprosiny opisaliśmy na końcu, a ewentualne zadośćuczynienie w ogóle pominęliśmy.
Wydaje nam się, że jeśli zostaną poprzedzone chęcią kontaktu i załagodzenia sprawy konfliktowej oraz prawidłowo skonstruowanym językowo komunikatem, stają się elementem, może nie zbędnym, ale na pewno nie ważącym na sprawie… Każdy lubi być wspaniałomyślnym, patrzcie urywek o wielkoduszności powyżej. Wystarczy umieć rozegrać uczucia przeciwnika, nie odzierając go jednocześnie z tych uczuć!

 

Tyle i aż tyle. Obiecaliśmy p. Marcinowi publikację jego listu. Nie dlatego, że był p. Marcin miły (był), czy dlatego, by wkradać się w łaski — jak wielokrotnie pokazaliśmy, nie musimy.

Uznaliśmy jednak, że każdemu zdarzy się prędzej czy później kryzysowa sytuacja i warto wtedy wiedzieć, jak sobie poradzić, warto mieć dobry wzorzec.

Warto przedstawić antytezę do wszelkiej maści korporacyjnych popierdułek, które otrzymujemy na piśmie od banków, kablówek i innych producentów, by po prostu wiedzieć, kiedy jesteśmy przez nich robieni w bambuko.

Warto wreszcie oddać sprawiedliwość sprawiedliwym, nie ma ich przecież zbyt wielu, nawet jeśli błądzą, to ostatecznie ludzie, tacy jak ty czy my… zresztą, sami posłuchajcie:

Dziękuję za uwagi i komentarze.

Brak naszej odpowiedzi przez tyle czasu jest faktycznie poniżej wszelkiej krytyki i już sprawdziłem, gdzie się nasza organizacja obsługi klienta tak cholernie rozszczelniła. Konsekwencje wyciągnąłem, a przygotowywane usprawnienie, mam nadzieje, zadziała.
Nie mam tutaj nic na swoje usprawiedliwienie i mogę jedynie dodatkowo przeprosić.
Wbrew pozorom uwierz, że przywiązuje gigantyczną wagę do wygody usera i obsługi jego problemów z transakcjami, z kontentem, z czymkolwiek i z jakimkolwiek problem się on u nas spotka. Bo zgadzam się ze wszystkim co napisałeś o Amazonie.

Druga rzecz to przedsprzedaż „Gry o tron”. Cały mechanizm przedsprzedaży, czyli sprzedaży kawałka audiobooka, a potem jego automatyczny update na półce userów to sposób, żeby szybciej wrzucać nagrania do sprzedaży. Czasami to pozwala nam zrobić premierę równolegle z książką drukowaną (jak był np. z Jobsem) a czasami pozwala nadgonić terminy.
Sam to napisałeś, więc wiesz kiedy obiecywaliśmy premierę GoT.
Z tysiąca powodów, które jako naszego Klienta mało Cię pewnie interesują, musieliśmy przesuwać start, aż wylądowaliśmy w kwietniu. Rozumiem, że ten mechanizm Ci się nie podoba. Te różne czasy trwania mogły się nie odświeżyć u Ciebie—też to sprawdzam—nie mam jeszcze odpowiedzi od chłopaków z IT, ale pogrzebię w systemie, więc dzięki za zwrócenie uwagi również na ten bug.

Tak czy inaczej, dzięki za tekst i za wskazanie uwag—jeśli się kiedyś jeszcze zdecydujesz na jakiś zakup u nas to mam nadzieję, że będziemy lepsi m.in. dzięki feedbakowi od Ciebie.

Dzięki i pozdr,
Marcin

i jeszcze jeden akapit, który niezwykle ujmuje za serce i duszę:

Nie spiraciłeś nagrania, wydałeś kupę kasy, więc jeśli to nie było udane doświadczenie to muszę to tak poprawić organizacyjnie, żeby następnym razem było absolutnie super. Jeśli mi się to nie będzie udawać, to nikt nigdy nie  będzie chciał płacić za mój content. Wszyscy będą piracić. Trochę wchodzę na inny temat, ale ktoś legalnie kupujący musi mieć wygodniej, lepiej, szybciej niż ten używający nagrań nielegalnie – ale to duży, trochę inny temat.

 

Ktoś, kto tak pisze, jest prawdziwym scyzorykiem (w świecie nadgryzionych jabłuszek nazwano by go emejzingowym geniuszem czy jakoś tak) wartym każdej wydanej na niego złotówki, godnym wsparcia, co — mamy nadzieję, że jest widoczne — niniejszym czynimy. Życzymy dużo dobrego p. Marcinowi i Audioteka.pl — do której ze spokojnym sumieniem linkujemy w tym miejscu, jako swego rodzaju widowiskowe i widoczne podsumowanie!

I już absolutnie na koniec, dziś dzień ochrony własności intelektualnej i praw autorskich, widzicie, na przykładzie Marcinowym, jak ładnie można napisać o tych prawach, nikogo nie irytując i nie stygmatyzując piętnem złodzieja?
Widzicie, to uczcie się, najlepiej na cudzym grzbiecie, wychodzi taniej i bezpieczniej…

 

__________________________________________________
* Żarty żartami, ale pisaliśmy o braku reakcji już w poprzednim odcinku.
To taka tendencja narodowa, bo w masie jesteśmy strasznie niedouczeni. Dlatego tak trudno się doprosić o choćby maila zwrotnego z jakąkolwiek informacją, co się dzieje np. z danym etapem realizacji projektu, reklamacji etc. Wytłumaczono nam to kiedyś, że przecież jak się nic nie dzieje, to po co pisać cokolwiek — ten, co nam tłumaczył, widocznie nie zna prakseologii i etapów zarządzania, w których pojawia się coś takiego jak sprzężenie zwrotne oraz kontrola. Przeczytaj także: Odwołujemy kanikułę, czyli garść refleksji z braku odpowiedzi.

 

I to by było na tyle, wspomnimy jeszcze tylko, że o Kindle i strategicznym zagrożeniu Amazonu dla polskiej konkurencji pisaliśmy także w następujących wpisach na blogu Creamteam Branding & Advertising Design Studio:

9 Pingbacków/ Trackbacków