Barbarzyńcy atakujom!

Nadeszła już ta chwila,
w której czas wspomnieć o prozie designerskiego życia, czyli… drukarniach.
Czas wyjaśnić, dlaczego trzymamy się od polskich drukarni na odległość nie mniejszą niż dwa stadiony.

 

Przykład poniżej posłużyć może za odpowiedź. To co widzicie, to:

Dzieło życia piszemy tutaj z całą stanowczością, gdyż rezultat działań drukarni CopyMAX System A. Biernat Spółka Komandytowa, ul. Lubicz 23, 31-503 Kraków, był broniony przez firmę CopyMAX z samozaparciem godnym lepszej sprawy, najpierw przez p. Grzesia, a potem przez osławionego „Szefa”, p. Biernata.
Widocznie znają się na rzeczy i uznają, ze takiej jakości i klasy druk to jest to!

Tego wpisu mogło nie być, gdyby pp. Biernat i Grześ wiedzieli,
jak się załatwia reklamacje. Niestety nie wiedzieli.

To nie dowcip, co za chwilę przeczytacie, ale na swoją obronę, w rozmowie telefonicznej, przytoczyli następujące argumenty i pytania:

Pan Biernat popisał się jeszcze taką filipką:

  • jest zapłacone z góry i klient nie dostarczył mu proofa, więc sobie może teraz (ten klient oczywiście), on się nie boi.

Pytanie, dlaczego w ogóle zaczął drukować, skoro widać gołym okiem, że druk nie jest łatwy (jedzenie) i reklamacja jest bardziej niż możliwa?
Przecież wykonanie takiego proofika dla p. Biernata to naście złotych, można obciążyć klienta nawet bez jego wiedzy (bo proof po prawdzie powinien być), a znawcą tematu przecież jest, ba, zawodowcem, zamiast wykorzystać jelenia, można mu było pomóc.
Co wybrał p. Biernat, to widać gołym okiem.

Pytanie drugie, skoro nie ma proofa, to skąd p. Biernat wie, że jest dobrze?! (sic!).
Jak nic prorok!

 

Dodajmy, że CopyMAX z Krakowa:

  • nie dostarczyło na czas, tzn. do momentu wykonania przez nas telefonu z reklamacją, nalepek na drzwi, bo „zapomnieli, ale na pewno dowiozą” (oby dowieźli, bo jeśli serio traktować słowa pracowników CopyMAX, że jak zapłacone z góry… to już przepadło jak kamień w wodę);
  • przy wieszaniu szyldu powiesiło stronę lewą na prawej, a prawą na lewej, chociaż opisaliśmy pliki jak dla dziecka trzyletniego:
  • dostarczyło dodatkową, zadrukowaną, absolutnie nikomu niepotrzebną, plexi, co w ogóle jest ewenementem na skalę światową, chyba chcieli się popisać, jacy to oni rzetelni, a że wyszli na niedojdy nie potrafiące policzyć do 3, no cóż, sami sobie to robią (nauka z tego przypadku płynie taka, nigdy nie dawaj odpadów klientowi — czytaj uważnie: NIGDY!),
  • to mistrzowie nierozgarnięcia, pozbawieni na dodatek instynktu samozachowawczego, bo jak inaczej potraktować próbę podstawienia klientowi takiego chłamu jw., gdy wcześniej z tych samych plików pokazali dobrze wydrukowane inne prace?!

 

Podsumowując, wniosek jest tylko jeden:

takie firemki, pożal się Panbuku, z panbukowej łaski omijajcie z daleka!
Chyba, że lubicie survival.
Kaskaderom w stylu pozyskać klienta, skasować i zapomnieć lepiej jednak powiedzieć nie. Dziś są mocni, nomen-omen siłą swoich korpo-klientów, ale jeśli istnieje sprawiedliwość, ci klienci właśnie czytają te słowa i podejmują decyzje.

 

I pomyśleć, że wystarczyło uspokoić sytuację, coś zaproponować…
Druk zawsze można poprawić, w sumie nie chodziło też o wielkie kwoty (bo był to ułamek zlecenia), ale chamstwa, buractwa i kiepskiej roboty, przede wszystkim, nie odpuścimy. Panu Biernatowi zapomniało się, z kogo żyje, po której stronie lady ten subiekt się znajduje i my mu przypomnieliśmy, mamy nadzieję, bo to właśnie takie zachowania zabijają całą przyjemność z pracy w naszej branży i czas temu troglodyzmowi dać odpór.
Poza tym, wzorem Wokulskiego, byle subiekt pyskować do nas nie będzie, tym bardziej, gdy nie ma racji.

Na marginesie, p. Grześ zaproponował jeszcze, żeby przyjechać do nich i się wyspowiadać Szefowi, co uważamy w 21. wieku za dość kuriozalne! Ale nie dziwmy się, w tej firmie, o czym za chwilę, nie cenią internetu i nawet telefony nie są ustawione tak, by coś było słychać, poza trzaskami.

 

I jeszcze mała dygresja na koniec.
Panie Biernat, nie boi się Pan reklamacji, nie boi się Pan klienta, nie boi się Pan nas, nie boi się Pan wyjść na drobnego cwaniaczka za stuffkę i nie boi się Pan spierdolonej roboty, którą wykonał Pan na odpierdol, nie boi się Pan werdyktu internetu (bo nie rozumie Pan, że takie sprawy nie powinny wyjść z Pana gabinetu) — jednym słowem, skoro się Pan nie boi, to niech Pan sobie teraz radzi.

 

_____________________________________________________________
P.S. Dodatkowego smaczku sprawie dodaje fakt, że CopyMAX… nie ma drukarni offsetowej! Jak nam tłumaczyli, mają podpisaną umowę z jakąś drukarnią zewnętrzną… żeby z takim samozaparciem bronić cudzych błędów, jakiś pomnik może im postawić?!