Month After

Zdziwiłbyś się, co dla twojej babci było codziennością!

Jeśli tylko była dostatecznie, jakby to powiedzieć, w słusznym wieku, to pamiętałaby, że z końcem XIX i początkiem XX wieku granice w Europie były mocno umowne, podobnie jak dokumenty osobiste, o czym przy okazji wejścia do Schengen pisały periodyki, donoszą źródła historyczne. Świetnie obrazują tamten stan stosunków międzyludzkich książki i filmy (mareksy podpowiada, że najlepszy obraz tamtej rzeczywistości oddaje Kawalerskie życie na obczyźnie A. Barańskiego).

Polacy, nie mając własnego państwa, pracowali i studiowali po całej Europie. Tam też jeździli do wód i na wywczasy. Nie inaczej postępowały inne nacje, stąd różne prądy i idee rozlewające się po całej Europie.
Dlatego uważamy, że wracamy do normalności. Przywracamy tylko to, co nam w XX w. amputowano, dobrze jest o tym pamiętać, nim się rzuci kamieniem przeciwko EU, w której nowi Malczewscy i Matejkowie wraz ze Skłodowskimi znów ruszają na uczelnie Paryża, Monachium, Wiednia…
Szkoda, że dopiero teraz, bo tygiel narodowościowy i językowy, dziedzictwo kulturowe, do którego kiedyś należeliśmy, a którego zostaliśmy pozbawieni na prawie 50 lat, z pewnością uzdrowiłby nie najlepszy stan naszej mentalności.

Wbrew czytelnemu nawiązaniu w tytule do Day After, wróżącemu kłopoty, kataklizmu nie ma i nie było, bo też Schengen, do którego weszliśmy miesiąc temu, nie było pomyślane przeciwko nam. Tak samo jak wejście do Unii nie było szatańskim wymysłem, chyba, że ktoś nie zna historii własnego kontynentu.