Stop ACTA!
2012-01-28, sobota, 12:30Warto się zastanawiać, warto mieć własne zdanie, warto go bronić, jeśli jest logiczne i słuszne, nie warto być nikim:
Warto się zastanawiać, warto mieć własne zdanie, warto go bronić, jeśli jest logiczne i słuszne, nie warto być nikim:

mapa protestów w Polsce przeciwko ACTA, za Google Maps*
W wiadomych okolicznościach przyrody — gdy jedni wybrali za resztę życie na kolanach zamiast śmierci na stojąco — miast samodzielnie komentować podpisanie ACTA, posłużymy się cytatem:
kłopot z takimi ludźmi leży w tym, że nigdy nie żyli ani na kolanach, ani stojąc, zawsze żyli siedząc na swym tłustym tyłku.
Ronald Reagan
…a za Billem Clintonem powtórzymy:
Kraj głupcze!
UPDATE I:
Rezygnacja jest reakcją na podpisanie przez Pana Premiera Rządu RP upoważnienie dla polskiej ambasador w Japonii do przyjęcia umowy ACTA oraz podpisanie tej umowy przez Panią Ambasador w dn. 26 stycznia, 2012 r. w Japonii.
[...]
Nie widzę, może jestem nie wyspany, ale do bólu szczery, jak mógłbym rozmawiać w czasie spotkania grupy Dialog, nad złagodzeniem skutków kroku w mojej opinii niedopuszczalnego.
Prof. dr hab. inż. Mieczysław Muraszkiewicz, na Vagla.pl
Jeden sprawiedliwy pośród bandy jełopów uczy, jak się zachować honorowo.
Warto tę postawę zderzyć z postawą Premiera, który nie chce referendum w sprawie ACTA, czy np. postawą europarlamentarzysty Migalskiego (teraz to wielu naprawdę krew zaleje, jeśli to prawda**):
UPDATE II:
UPDATE III:
Słuchamy o odklejonym Radku i tej ekipie rządowej, o której, jeszcze tydzień temu, nie mówiliśmy ta ekipa (nagranie z Radia TokFM):
______________________________________________
* Rządzie, jesteś sam, chociaż z pewnością wyżywisz się sam, zwłaszcza jak naród wyjedzie na emigrację.
** Za www.wiadomosci.dziennik.pl (zwracamy uwagę, że może to być kaczka dziennikarska, jak ta z Vaglą i hackerskim atakiem, bo na blogu Migalskiego nie ma takiego wpisu, co nie znaczy, że nie było, może jednak sytuacja polityczna nie jest tak klarowna, by polityk mógł mówić, co mu się podoba).
Sądziliśmy, że po groteskowej scenie samobójstwa prokuratora, która okazała się nie być samobójstwem, chyba, że nieudolnym, to już nic nas w Polsce w ubiegłym tygodniu nie zaskoczy, a tu nagle weekend upłynął nam, jak setkom tysięcy Polaków, na gorącym udziale w mówieniu nie, nie tylko dla ACTA, nie tylko dla absurdów postępowania władzy wykonawczej, która po cichu przemyca nam prawa, które diametralnie zmieniają nam rzeczywistość, ale także, a może przede wszystkim, na mówieniu nie marginalizacji woli Suwerena w organizowaniu temu Suwerenowi porządku prawnego i życia codziennego.
Instytucja ochrony prawnej interesów autora istnieje, narzędzia także.
Nie żyjemy w dziczy, chociaż w Europie Zachodniej też jakby nie, aczkolwiek obywatelski ruch sprzeciwu sprawia, że serce rośnie, jaką mamy młodzież:
Wróćmy jednak do naszych narzędzi i instytucji ochrony prawnej autora.
Należy sobie zadać proste i logiczne pytanie, dlaczego, nie są stosowane/ nie działają?
Należy zadać także pytanie, dlaczego próbuje się nas, a nas to nawet jako autorów, przekonać, że najlepszą drogą uzdrowienia sytuacji jest powoływanie dalszych instytucji i narzędzi ochrony prawno-autorskiej?!
Lekarstwem na niewydolność systemu, indolencję nim zawiadujących, jest dalsze rozwijanie systemu, tylko w której bajce, ktoś może wskazać?
Zapytajmy logicznie, co takiego zrobiły te instytucje amerykańskie, że powinniśmy pójść ich śladem?
Wydaje nam się, że całkiem dużo, by nie iść, zrobiły bowiem wiele, by przestrzeganie prawa autorskiego, w powszechnym mniemaniu, skompromitować do cna.
Pomijamy już takie lapsusy, że za wysłuchanie piosenki idzie się do więzienia, czy za ściągnięcie filmu też, a za oglądnięcie obrazu, zdjęcia, plakatu, a nawet książki (tu się coś rusza, ale chyba tylko za sprawą potęgi Amazona) jakby trochę mniej się idzie.
System wielkich korporacji mediowych w ten sposób narusza odwieczną równość Muz, co już jest z gruntu nie do przyjęcia, np. dla nas, bo nie jesteśmy „gorszymi” autorami tylko dlatego, że nie komponujemy muzyki. Nie można pomijać faktu, że z powodu jw., proponowany nam system jest niesprawiedliwy, gdyż jego naturalną cechą jest nierówne traktowanie przedmiotów i podmiotów.
Gdy się przyglądniemy konkretnym sprawom, widoczne się staje także, że przybijanie w tym systemie milionowych odszkodowań, które są niespłacalne już w momencie ich uprawomocnienia się, naprawdę mija się z sensem i sprawiedliwością (a u nas nadal, przynajmniej w teorii, kara musi być adekwatna do czynu sprawcy, a odszkodowanie nie powinno być podstawą wzbogacenia się)… Chyba, że celem takich spraw jest, by tak zasądzony dług opakować w nic nie mówiące równania i sprzedać na giełdzie, z zyskiem, by wytworzyć kolejną bańkę spekulacyjną, taką samą jak w 2008r. — wtedy te odszkodowania mają sens. Tylko, czy tego chcemy, kolejnego kryzysu finansowego i wartości, jak obecnie…
Inna sprawa, Amerykanie, w próbie narzucenia swojego systemu prawnego Europie, nie chcą zauważyć, iż systemy prawne i finansowe tych kontynentów różnią się, diametralnie.
System amerykański pozwala obywatelowi zbankrutować i stanąć na nogi tak szybko, jak to tylko możliwe. Robi wszystko, by ten obywatel po swoim życiowym krachu zaczął zarabiać (jeśli tylko ma pomysł jak) i odpłacił swoim zarabianiem społeczeństwu czyn przeciw niemu, bo lepszy obywatel wzbogacający społeczność swoją inicjatywą, niż utrzymywany przez tę społeczność.
W takim krajobrazie ACTA faktycznie, poza tą częścią o inwigilacji, nie stanowi większego problemu.
Problemem jest fakt, że ACTA szczepi się na nasz europejski system prawny i finansowy, które zbudowano na filozoficznych ideach dotkliwej i surowej „zemsty” społeczeństwa za czyn przeciw temu społeczeństwu, a nie współczucia i przydatności społecznej jednostki dla grupy, jak w Stanach (to dlatego nie rozumiemy, jako Europejczycy, kar wielokrotnego więzienia zasądzanych w tej samej sprawie, czy kosmicznych odszkodowań, bo to nie nasza filozofia).
Jeśli ktoś potrzebuje wykładu na ten temat, oczywiście powinien przestudiować zagadnienie w sposób naukowy, dla całej reszty wielka BBC ma w swoich archiwach takowy, pod tytułem Finansowa Historia Świata. W 6 odcinkach dowiecie się przynajmniej kilku rzeczy, które mocno Was zdziwią. Możecie też spróbować z książkami autora cyklu BBC Niala Fergusona, profesora Harvardu.
Wracając do tematu, tu upatruję największego zagrożenia.
Amerykanie, postrzegani często u nas jako dobrotliwe dorosłe dzieci, mogą tych różnic nie znać, nie akceptować itd., ich prawo, a teraz nawet interes, ale że nasz rząd i nasi „zarządcy” te różnice bagatelizują, o, to akurat jest niezrozumiałe!
Dlatego twierdzenia rządzących w Polsce są dla nas coraz bardziej nieakceptowalne:
Co nas może czekać w tej absurdalnej sytuacji? Co po uchwaleniu ACTA. Spójrzmy.
Mareksy twierdzi np., że:
dodał także:
CoNaToDiabeł wskazał także:
Ciekawie też mówi Jacek Żakowski w swoim artykule Co ma wspólnego internet z biblioteką… o przyszłości, ale i przeszłości, o stosunkach pomiędzy autorem a odbiorcą:
Istotą przestaje być treść relacji, a staje się wartość transakcji,
z którym dziś polemizuje W. Orliński w artykule Nie samą sztuką artysta żyje. Orlińskiemu można przyznać rację, ale nie można się z nim zgodzić w całości, gdyż sam sobie zaprzecza w przykładzie z Bethovenem a potem z The Beatles, ale co ważniejsze, nie zawsze artysta żyje tylko pieniądzem, jak chce autor… bo co z działalnością dla idei, też powinna być zmonetaryzowana, czy jak pisze Żakowski, zastąpiona relacją transakcji? (sic!)
To taki sam absurd jak niemożność opisania zdjęcia jabłka słowem apple, gdyż:
Na marginesie tego przykładu, ukryty dziś pod nic nie znaczącym skrótem Mac, dawny Apple Macintosh też brzmi jakby użyto nazwy własnej pewnego gatunku jabłek, znanej nam jeszcze z dzieciństwa, czyli jakby trochę dłużej niż istnieje ta korporacja, i, jak się okazuje, co z tego — duży może więcej? Korporacje zdają się więc zawłaszczać nazwy własne przedmiotów powszechnego użytku, co jest absolutnie paranoiczne i paranormalne. Powstaje tu pytanie, co było pierwsze, jajko czy kura:
Głosujcie na ACTA, a takich absurdów, jakie gotuje nam dziś Apple będzie bez liku, wreszcie blokowanie możliwości użycia koloru magenta (potrzebny w procesie druku kolorowego) przez kompanię telefoniczną stanie się faktem. Ten teledysk z pewnością będzie zakazany w czasach post-ACTA, a nawet jeśli nie, podobny już nie powstanie:
gdyż, jak wskazał mareksy:
Jeśli nic się nie zmieni, chyba faktycznie czas na Panią Barbarę:
i wyjście na ulicę, jak dzisiaj w Warszawie i, jak się już okazuje, nie tylko w Warszawie!
Takich sytuacji, takiej oddolnej organizacji społeczeństwa, przyznajemy, nie pamiętamy w Polsce od czasu Solidarności. Daleko zajść musiało, że do tego doszło, prawda?
Rządzącym pod uwagę zostawiamy taką myśl, kiedy następnym razem zechcecie wyłączyć nam internet i telefony, spróbujcie najpierw z prądem, a dopiero wtedy zobaczycie, do czego zdolna jest ta szara masa, którą tak sponiewieraliście w ostatnich dniach!
Witamy w nowym roku.
Jesteśmy już po dwóch tygodniach jego pierwszego miesiąca i jednym długim weekendzie. Coś da się już o tym okresie powiedzieć.
Przede wszystkim, nie będzie lepiej.
Podkreślamy to z całą stanowczością i wcale nie dlatego, że mareksy zaczytuje się ostatnio Uważam Rze (przechera, przewrotnie tłumaczy nam, że to dlatego, iż lubi poczytać swoich redakcyjnych kolegów z dawnych lat, powiedzmy, że mu wierzymy). Trzeba wam wiedzieć, to pismo właśnie takie jw. prezentuje stanowisko, jednogłośnie i bezapelacyjnie.
Nowy rok to wysyp jakiś znaków promocyjnych, tak dobrze określających swych patronów, że lekką ręką możemy napisać: znaków należących do jakiś miast i siół oraz przysiółków. Zwracamy wam uwagę na konstrukcję poprzedniego zdania i jego zawartość — nie ma żadnej zawartości, określonej z nazwy czy położenia geograficznego. Celowy zabieg, tyle da się bowiem powiedzieć o zleceniodawcach produkcji z tego wysypu, oglądając znaki o wciąż identycznej zawartości, trudno jakiekolwiek miasto i przysiółek na dłużej zapamiętać. Parafrazując film Rejs: słonko, fala, sosenka, znów słonko…
…Tę seryjność widać też po drugiej stronie, wśród realizatorów. Znów wygrał, tu czy tam, kolejny przetarg na opracowanie identyfikacji regionu (tu sobie wpiszcie, tak zgadliście, jakiegokolwiek) Aleksander Bąk, słynny znawca lwich jąder w herbarzach, który, nota bene, w związku z konkursem na logo Kłodzka* do dziś nie przeprosił nas za publiczny atak na nasze studio, z którego wycofał się w sposób angielski, właśnie zapomniawszy przeprosić, gdy mu Andrzej Ludwik Włoszczyński pokazał pismo miasta w tej sprawie. Internet pamięta, Drogi Alku.
Jeśli więc chodzi o regiony w Polsce, to my ich nie rozróżniamy, przynajmniej nie na podstawie nowych godeł, znaków promocyjnych czy logo. Złota zasada identyfikacji, odróżnij się albo zgiń, nadal tu działa, dlatego właśnie nie rozróżniamy, ze stratą dla portfeli i budżetów tych regionów.
Ostatnie produkcje sektora, nazwijmy go tutaj dla ułatwienia urzędniczo-publicznym, przekonały nas więc nieodwołalnie, że nikt z nas żyjących, nie przeżyje aktualnie władających nam miłościwie szafarzy publicznych pieniędzy, czytaj urzędników. Kiedyś była nadzieja, ale chyba zaszła, wraz z kolejnym słonkiem, za wzgórzem z sosenką na kolejnym znaku gminnym, który bardziej niż do gminy przynależy do gminu. Zaszła i zeszła…
My odejdziemy, a oni trwać będą, bo niestraszne im: obciach i popełnianie błędów kardynalnych. Żadnej finezji w mydleniu oczu, albo się podoba, co oni wyprawiają, albo tym gorzej dla nas, obywateli:
Na argument, że wyprawiają, ale za nasze pieniądze, milczą, albo odpowiadają bez mrugnięcia okiem, że w takim razie to wyprawianie to wolontariat, jak można się przekonać w wątku na temat oficjalnego logo 2012 Rok Janusza Korczaka, o czym będziemy wspominać za chwilę.
Naszym zdaniem, należy więc zaprzestać jakiegokolwiek flirtu z sektorem państwowym.
Dla uratowania resztek godności własnej i zdrowego rozsądku. Chyba, że lubicie, by mówiono wam, że jesteście Ąccy, per panowie graficy, łasi na każdą bułkę i tak dalej w tym samym tonie ad personam.
Oto taki przykład, już użyty powyżej. Akcja o kryptonimie Korczak, której obrończyni, pani Dorota, stała się, w ciągu ostatnich kilku dni, memem polskiego internetu, do poczytania na Facebooku.
Trzeba przyznać, dyskusja poruszała się momentami po bardziej interesujących torach: wychowanie obywateli, kształtowanie wyczucia piękna i estetyki w społeczeństwie… Jak mniemamy, może właśnie dzięki osobie samego Korczaka, którego nazwisko, przy okazji, odmieniono chyba we wszystkich przypadkach w tej dyskusji, przeciągnięto z obozu do obozu i to nie raz, jakby ten jeden, który zaważył na jego życiu, nie był wystarczający aż nadto.
Niestety, ze szkodą dla tematu, obydwie strony uchwyciły się nieszczęsnego użycia w konstrukcji logotypu fontu Comic Sans, który, na marginesie, faktycznie nie został stworzony z myślą o uświetnianiu nobliwych jubli, lecz do szybkiej akcji typu prześmiewczy pasek z kotem Garfieldem. Gdzie Korczak zamordowany przez oprawców, gdzie gruby, spasiony, leniwy kot!
Na nieszczęście, strona obrońców znaku, bardzo się do obrony użycia tego fontu przywiązawszy, broniła go także argumentami, których w logicznym dyskursie obronić się nie da — chyba, żeby uznać za właściwe, w demokracji, argumenty liczbowe podane bez wsparcia badań albo argumenty siły, sprowadzające się do takiej mniej więcej oto filipki:
logotyp jest dobry, bo się podoba dzieciom.
Trafiony zatopiony! Chyba, żeby sobie przypomnieć, jak nasz kolega Michał Kosecki, że:
Wydaje mi się (podkreślam – wydaje mi się, mogę się mylić), że o ile podmiotem działań skupionych wokół tzw. Roku Janusza Korczaka mogą być dzieci, o tyle kierunek tych działań i ich komunikacja jest zwrócona na nieco inny target – od instytucji publicznych, przez rozmaite NGO-sy zapewne, aż po szeroko rozumianą opinię publiczną. Częścią tej komunikacji jest ów twór, który wyżej wszyscy podziwiamy. Nic mi nie wiadomo o tym, by dzieciom się on podobał (bo rozumiem, że pada tu argument ilościowy, a o żadnej euforii ze strony maluczkich na ten temat nie słyszałem), proszę pamiętać także o tym, że estetyka i postrzeganie dzieci jest nieco inne – i znów, wydaje mi się, że w tym wypadku rozbieżne z choćby intuicyjnym postrzeganiem owego znaku przez target działań komunikujących całą akcję. Dobrym przykładem jest tutaj Order Uśmiechu – czy zauważył Pan, że jego projekt dopracował Szymon Kobyliński (profesjonalista, a tfu! tfu!)? Pana zdaniem należało pozostawić projekt odrysowany od talerzyka i szklanki (niczego nie ujmując Ewie Chrobak)? Tam sama idea była prosta, nośna – toto powyżej – nie wiem, co komunikuje.
Argumentacji obrońców wydarzenia ogarnąć nie da się na tyle, by streścić tu, ad hoc, ocokaman, chyba, żeby użyć słów żołnierskich, a to porządny blog**, tu się przeklina, ale tylko, jeśli jest uzasadnienie!
Skoro już o tym mowa, czyli o sensie i zamyśle: tak nasz kreatywny, mareksy, wypowiedział się w wątku, próbując oderwać tę dyskusję od nieszczęsnego fontu i skierować ją na merytoryczne tory, skoro była taka prośba ze strony obrońców:
Pominąwszy Comic Sans — nazwa zobowiązuje, na marginesie — to nic nie zostaje… a klipart to nie logo.
Na pewno nie ma tu logotypu, nie ma nawet logo, jest brak kompozycji (trudno nawet mówić o braku wyczucia tejże, to po prostu jest bezdenny brak) i dziwna estetyka — wyrażająca się w łączeniu ognia z wodą (różne style graficzne, różne kreski), nie tworząca w efekcie kolażu, którego można by się spodziewać po wyborze takiego środka wyrazu — nie dająca poczucia, że u podłoża tego czegoś leżała jakakolwiek myśl.
W identyfikacji sama myśl to jeszcze za mało, w identyfikacji to musi być myśl spójna i logicznie uzasadniona, inaczej nie da się stworzyć sprawnego i skutecznego tzw. systemu identyfikacji, zbioru elementów składających się na całość i wzajemnie z siebie wynikających.
Ma nadzieję, że takie uzasadnienie zostanie wreszcie przyjęte przez Panią Dorotę i przedstawicieli 2012 Roku Janusza Korczaka, bo taki tu był wystosowany apel od Państwa, by nie potępiać, tylko wskazać błędy. Pozwoliliśmy sobie wskazać błąd podstawowy w Państwa działaniu, który, w logice, ale i prakseologii, pozwala unieważnić całość Państwa działania.
za co został wrzucony przez obrońców do jednego kotła, cytujemy:
Czytam tę dyskusję i ręce opadają. Poza @Marek Klapka ze strony niezadowolonych czy wręcz oburzonych- nikt nie powiedział o co chodzi. Szacun Marku. […] Poraża mnie brak taktu i pieniactwo.
Jak się zapewne spodziewacie teraz usłyszeć, więcej mareksemu nie pozwolimy nauczać, za darmochę, i zdradzać maluczkim know-how! Tu ma siedzieć, na dupie w studiu, i za to samo, co tam napisał, brać ciężkie miliony, by tylko nam żyło się dostatniej i takie tam… wyraziliśmy się jasno?
Po Korczaku to już z górki.
Internet najpierw sam zastrajkował, przeciw legislacji SOPA i PIPA, przynajmniej ten amerykański, a potem został wyłączony przez Anonimowych za zamknięcie jednego z serwisów służących do dzielenia się plikami — Megaupload. Strach dać linka, jeszcze smutni panowie dwaj, przynajmniej jeden z eFBIaj, wpaść mogą z wizytą, poczuliśmy się zastraszeni, a to dopiero był początek! Czytajcie dalej!
Postrajkowaliśmy, raptem jedną noc, na dłużej nie było przyzwolenia, a tu się okazuje, że strajku nie można tak po prostu odłożyć ad ACTA!
Naszemu Premierowi udało się zgrabnie zgrać swoją akcję (ACTA) z protestami przeciw SOPA i PIPA oraz akcjami Anonimowych, które przykryły jego działania!
Nie pierwszy raz się okazuje, że mami się nam oczy PIPĄ, a na zapleczu ktoś nam w ACTA zagląda!
Serio, to chyba tylko przypadkowi możemy zawdzięczać fakt, że w ogóle się dowiedzieliśmy, już nawet nie jako autorzy, lecz zwyczajni obywatele, iż wprowadzają nam jakieś znaczące zmiany do naszego radosnego życia. Przypadek ten nazywa się rządowa potrzeba sukcesu na gwałt, jakiegokolwiek sukcesu, a gwałt to już niekoniecznie, może się odcisnąć, ewentualnie, ale tylko na obywatelach, rządu nie ruszać.
My na to mówimy jedno. Ochrona dóbr i praw tak, ale w sposób cywilizowany!
Wiemy też jedno. Jeśli coś się wprowadza, jak ACTA, w ukryciu przed nami, to na pewno nie jest to dobre dla nas, jeśli na chybcika, to, przynajmniej w Polsce, z pewnością będzie wymagało jeszcze wielu poprawek, więc też nie jest dobre dla nas!
Jeśli Pan Premier chciał dobrze zrobić nam, autorom, to trzeba było uszanować podmiotowość twórców, bo nic o nas bez nas, trzeba było, na przykład, Panie Premierze, nie ucinać kosztów uzyskania przychodów przy umowach autorskich o dzieło. To byłby dopiero sukces, powściągnąć głupawe pseudo-reformatorskie zapędy… a tak, z sukcesów, pozostaje tylko ACTA, której nikt nie chce!
Sami widzicie, lepiej być nie może.
Uważam Rze, wspomniane na wstępie, poświęciło większość ostatnich numerów na przekonywanie swoich czytelników, że nasze Państwo to groteska. My się nie zgadzamy z tym sposobem widzenia naszego Państwa, w grotesce musi być jakiś fragment absurdalnej, ale jednak myśli. Znaleźliśmy się raczej w cyrku i to w charakterze tresowanego niedźwiadka, który nie ma wpływu na ilość razów, które spadną na jego grzbiet, wymierzone ręką tresera-sadysty. Chyba, że miś się odgryzie, przy pierwszej nadarzającej się okazji, dosłownie i w przenośni… ale, gdyby tak się stało, to by oznaczało, że jest jeszcze jakakolwiek nadzieja, tak dla wychowania estetycznego jak i demokracji w naszym kraju. Jest? Jeśli tak uważacie, to może nie słyszeliście o akcji kryptonim Biedronka?!
________________________________________________
* w którym, raz, nie braliśmy udziału, dwa, gdzie obywatel ten wyciągnął z naszego archiwum stary znak, opracowywany jeszcze na potrzeby innego konkursu dla tego miasta, i autorytatywnie zarzucił nam publicznie niekompetencję, w kwestii tych jąder właśnie, więc dobrze, że miasto potwierdziło iż byliśmy na prawie, inaczej musielibyśmy z tym wszystkim na głowie żyć, najmniej, do końca naszej śmierci ;)
** czytajcie także: Ktoś tu ochujał!
*** stali bywalcy wiedzą, nowym zwracamy uwagę, teksty przytaczamy w oryginalnej pisowni i szyku.