Nie o tym, nie o tym była mowa!

2012-04-23, poniedziałek, 22:57
1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

Niby piękne święto—dziś Światowy Dzień Książki—a tak zapaskudzone tym drugim członem: i Ochrony Praw Autorskich… Zapaskudzone, przypomnijmy, chciwością, która ogarnęła ostatnio świat — w każdym razie, Ochrona, w formie proponowanej obecnie jako jedynie słuszną, najmniej niestrawna, wręcz przypomina czasem opowieści o zamordyzmie carskiej, nomen-omen, Ochrany

To święto jest dobrym pretekstem do poruszenia ważkiej kwestii, która wyleciała nam z głowy podczas pisania poprzedniego felietonu o sile amerykańskiego Amazonu i słabościach polskich wydawców.
Rzecz tyczy się, mianowicie, sztuki edycji, a więc sztuki, nie bójmy się tego określenia, wydawania słowa tak, by stało się żywe (i oczywiście zamieszkało, ale nie między nami, tylko w nas zapadło i tam rozkwitało, zapładniając naszą wyobraźnię).

Wbrew przekonaniom Kaszpira (przyjaciela Kremowego Domu)—który niegdyś usilnie stał na stanowisku, nieprzejednanym, że książka może być wydana byle jak (z błędami, o zgrozo, nawet ortograficznymi, ale także interpunkcyjnymi, podobnie jak składniowymi czy stylistycznymi), byle się dobrze czytała—stoimy, wciąż i do dzisiaj, na stanowisku, że książka nie może być wydawana z błędami (nawiasem mówiąc, słyszeliśmy ostatnio, jakoby nasz Kaszpir odchodził od swej linii „programowej”, zaznaczamy ten fakt, bo jest znaczący). Kaszpir nie tolerował tylko błędów logicznych, ale za te, o ile wydawca nie pomylił arkuszy przy oprawie, obciążyć można tylko autora, a jeśli w przekładzie, to raczej tłumacza, więc o tych błędach nie wspomnimy dziś nawet jednym słowem.

Właściwie o żadnych błędach nie będziemy wspominać, bo postanowiliśmy pokazać, na przykładzie, jak bardzo sztuka wydawania książek—ale i prasy, tak, tak, to do Was, Uważam Rze, mieliście świetną korektę i co się wydarzyło ostatnimi czasy, no co, niech któryś z Panów odpowie, dlaczego schodzicie do poziomu bulwarówek niesłusznie nazywanych magazynami i tygodnikami, ponoć nawet opinii—podupadła na zdrowiu, by nie powiedzieć, kolokwialnie i po zbójecku (bo jest tu adekwatnie), wykitowała!

Przykład to miażdżący i nie wymagający komentarza:

Stopka redakcyjna

Mówią, że najciemniej pod latarnią, właśnie widać!
Pytanie retoryczne, jeśli tak wygląda stopka redakcyjna, jak wygląda zawartość książki, zaznaczmy, czwartego wydania… i tylko na marginesie, chce się westchnąć, żebyście jeszcze dzieła tych swoich rąk, P.T. Wydawcy, rozdawali w tej sytuacji za darmo, ale wy wołacie za te nieszczęsne e-booki jak za zboże, często więcej, niż za wersję na papierze, wcale nie lepszą…

 

Wystarczy, bo cytując Liroya, my wcale nie o tym (Scyzoryk, Liroy, nasz ulubieniec, źródło cytatów na każdą okazję, od tylu lat, dziękujemy)!

Jak anonsowaliśmy już w zeszłym tygodniu na Facebooku, otrzymaliśmy list od p. Marcina Beme w sprawie połajanki, która, naszym zdaniem, ale jak się za chwilę okaże, także p. Marcina zdaniem, słusznie spadła na Audioteka.pl.
Byliśmy do tego stopnia źli na tego wydawcę, że nawet nie zamieściliśmy linka do Audioteki, pomimo, że do pozostałych skrytykowanych wydawców link został umieszczony. Uznaliśmy, że nie będziemy promować takiego zachowania wydawcy, a jak ktoś zechce sobie wyguglać i np. zrobić zakupy, to już jego sprawa, zgodnie z rzymską maksyma prawną, chcącemu nie dzieje się krzywda.

Wracając do p. Marcina… Wychwalaliśmy Amazona i teraz musimy pochwalić Audiotekę.
Żadnego wygrażania pięścią, czy, jak w wypadku sprawy Dr.Oetker vs Kominek, wywijania wątpliwej jakości pismami maszynowymi z kancelarii prawnej. Nawet żadne ciężkie słowo nie padło i paść już nie może, jak sądzimy. Z drugiej strony, brak sztucznej grzeczności czy uniżoności. To generalnie, a bardziej szczegółowo…

Po pierwsze, nie spodziewaliśmy się, że będzie jakikolwiek odzew—jak to, przecież ich [nas—od autora] nikt nie czyta, jak mawiają branżowi znawcy wykresów Aleksy (jak widać, kto ma nas przeczytać, ten czyta).
Żarty żartami, ale pisaliśmy o braku reakcji już w poprzednim odcinku. To taka tendencja narodowa, bo w masie jesteśmy strasznie niedouczeni. Dlatego tak trudno się doprosić o choćby maila zwrotnego z jakąkolwiek informacją, co się dzieje np. z danym etapem realizacji projektu, reklamacji etc. Wytłumaczono nam to kiedyś, że przecież jak się nic nie dzieje, to po co—ten, co nam tłumaczył, widocznie nie zna prakseologii i etapów zarządzania, w których pojawia się coś takiego jak sprzężenie zwrotne oraz kontrola. Nie musimy chyba dodawać, że świetnie się spełnia w międzynarodowym gronie ekspertów w pewnej dużej agencji reklamowej… bo to Polska właśnie.
Wracając do tematu, inna sprawa, że jak kto milczy w sprawie pieniędzy, których nie zarobił, tyle dni, to raczej nie można liczyć na jego odzew.

Po drugie, przedstawiciel Audioteki nie przemówił językiem nowomowy pi-razy-drzwi-arowej.
Pomimo, że, jak się wydaje, zapalił mu się grunt pod nogami (jak zrozumieliśmy z korespondencji, opisana sytuacja musiała naruszyć pewne ważne, dla p. Marcina, wewnętrznie struny i była osobistym zawodem dla niego) ani nie było głaskania nas pod włos, ani też warkoczących gróźb. Nic, co typowo jest wdrażane w zarządzaniu kryzysowym, sloganu, formułki, widocznie p. Marcin, na swoje szczęście miał innych szkoleniowców, niż ci, co tak się plenią po Polsce albo akurat wtedy wyszedł na, jak oni to nazywają w swoim slangu, przerwę kawową.

Po prostu jeden człowiek zauważył, że po drugiej stronie kabla od monitora jest inny człowiek, i przemówił ludzkim głosem. To idealne zagranie, gdyż pozostawienie stronie przeciwnej możliwości decyzji co do dalszej dyskusji oraz możliwości zachowania twarzy, tak bliskie japońskiemu sposobowi robienia biznesu, wytrąca oręż tej stronie.
O ile adresatem tak sformułowanej wiadomości będzie człowiek dobrze wychowany, jedyne, co może się w tym momencie zawiązać, to pierwsza nić porozumienia i nawet sympatii między stronami—pamiętajcie, co napisaliśmy powyżej, my tu orzemy na ugorze korporacyjnych pseudo-grzecznych zwyczajów, łakniemy dobrego zachowania niczym kania dżdżu!
Jeśli zaś będzie to człowiek z gminu, cóż, z mądrym lepiej zgubić, niż z głupim znaleźć, lecz na wielkoduszność nie wypada odpowiedzieć inaczej, niż tym samym.

Pan Marcin, po trzecie wreszcie, przeprosił także za zaistniałą sytuację, poinformował nas o swoich decyzjach w sprawie (aczkolwiek miły gest, ale nie wymagany) i znów oddał nam pola do manewru, w ostatnim zdaniu pozostawiając do naszej decyzji chęć dalszej współpracy. Jak sądzicie, jesteśmy po stronie Audoteki, czy nie…

Nasz opis oczywiście jest skonstruowany wg pewnego klucza, najpierw opisaliśmy to, co w takim kryzysowym kontakcie jest najważniejsze, zauważcie, przeprosiny opisaliśmy na końcu, a ewentualne zadośćuczynienie w ogóle pominęliśmy.
Wydaje nam się, że jeśli zostaną poprzedzone chęcią kontaktu i załagodzenia sprawy konfliktowej oraz prawidłowo skonstruowanym językowo komunikatem, stają się elementem, może nie zbędnym, ale na pewno nie ważącym na sprawie… Każdy lubi być wspaniałomyślnym, patrzcie urywek o wielkoduszności powyżej. Wystarczy umieć rozegrać uczucia przeciwnika, nie odzierając go jednocześnie z tych uczuć. Warto zapamiętać!

Tyle i aż tyle. Obiecaliśmy p. Marcinowi publikację jego listu. Nie dlatego, że był p. Marcin miły (był), czy dlatego, by wkradać się w łaski—jak wielokrotnie pokazaliśmy tu i tam, też nie musimy.
Uznaliśmy jednak, że każdemu zdarzy się prędzej czy później kryzysowa sytuacja i warto wtedy wiedzieć, jak sobie poradzić, warto mieć dobry wzorzec. Warto też przedstawić antytezę do wszelkiej maści korporacyjnych popierdułek, które otrzymujemy na piśmie od banków, kablówek i innych producentów, by po prostu wiedzieć, kiedy jesteśmy przez nich robieni w bambuko. Warto wreszcie oddać sprawiedliwość sprawiedliwym, nie ma ich przecież zbyt wielu, nawet jeśli błądzą, to ostatecznie ludzie, tacy jak ty czy ja… zresztą, sami posłuchajcie:

Dziękuję za uwagi i komentarze.

Brak naszej odpowiedzi przez tyle czasu jest faktycznie poniżej wszelkiej krytyki i już sprawdziłem, gdzie się nasza organizacja obsługi klienta tak cholernie rozszczelniła. Konsekwencje wyciągnąłem, a przygotowywane usprawnienie, mam nadzieje, zadziała.
Nie mam tutaj nic na swoje usprawiedliwienie i mogę jedynie dodatkowo przeprosić.
Wbrew pozorom uwierz, że przywiązuje gigantyczną wagę do wygody usera i obsługi jego problemów z transakcjami, z kontentem, z czymkolwiek i z jakimkolwiek problem się on u nas spotka. Bo zgadzam się ze wszystkim co napisałeś o Amazonie.

Druga rzecz to przedsprzedaż „Gry o tron”. Cały mechanizm przedsprzedaży, czyli sprzedaży kawałka audiobooka, a potem jego automatyczny update na półce userów to sposób, żeby szybciej wrzucać nagrania do sprzedaży. Czasami to pozwala nam zrobić premierę równolegle z książką drukowaną (jak był np. z Jobsem) a czasami pozwala nadgonić terminy.
Sam to napisałeś, więc wiesz kiedy obiecywaliśmy premierę GoT.
Z tysiąca powodów, które jako naszego Klienta mało Cię pewnie interesują, musieliśmy przesuwać start, aż wylądowaliśmy w kwietniu. Rozumiem, że ten mechanizm Ci się nie podoba. Te różne czasy trwania mogły się nie odświeżyć u Ciebie—też to sprawdzam—nie mam jeszcze odpowiedzi od chłopaków z IT, ale pogrzebię w systemie, więc dzięki za zwrócenie uwagi również na ten bug.

Tak czy inaczej, dzięki za tekst i za wskazanie uwag—jeśli się kiedyś jeszcze zdecydujesz na jakiś zakup u nas to mam nadzieję, że będziemy lepsi m.in. dzięki feedbakowi od Ciebie.

Dzięki i pozdr,
Marcin

i jeszcze jeden akapit, który niezwykle ujmuje za serce i duszę:

Nie spiraciłeś nagrania, wydałeś kupę kasy, więc jeśli to nie było udane doświadczenie to muszę to tak poprawić organizacyjnie, żeby następnym razem było absolutnie super. Jeśli mi się to nie będzie udawać, to nikt nigdy nie  będzie chciał płacić za mój content. Wszyscy będą piracić. Trochę wchodzę na inny temat, ale ktoś legalnie kupujący musi mieć wygodniej, lepiej, szybciej niż ten używający nagrań nielegalnie – ale to duży, trochę inny temat.

Ktoś, kto tak pisze, jest prawdziwym scyzorykiem (w świecie nadgryzionych jabłuszek nazwano by go emejzingowym geniuszem czy jakoś tak) wartym każdej wydanej na niego złotówki, godnym wsparcia, co—mamy nadzieję, jest widoczne—niniejszym czynimy.
Życzymy dużo dobrego p. Marcinowi i Audioteka.pl—do której ze spokojnym sumieniem linkujemy w tym miejscu, jako swego rodzaju widowiskowe i widoczne podsumowanie!

I już absolutnie na koniec, dziś dzień ochrony własności intelektualnej i praw autorskich, widzicie, na przykładzie Marcinowym, jak ładnie można napisać o tych prawach, nikogo nie irytując i nie stygmatyzując piętnem złodzieja? Widzicie, to uczcie się, najlepiej na cudzym grzbiecie, wychodzi taniej i bezpieczniej…


Kindle Amazona i Kundel Bury

2012-04-16, poniedziałek, 17:16
1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

Rozgorzała dyskusja, oczywiście na dwa głosy, w związku z nowością wprowadzoną na rynek, czy e-papier czytnika Kindle może być świecący, czy też nie. Oto nasze zdanie.

Świecący czy nie, ekran jest najmniejszym problemem dla e-czytelników w Polsce.
Detalicznie rzecz ujmując, w codziennym użytkowaniu Kindla najbardziej przeszkadzają… pozostawione w nim niedoróbki. Pierwsza z brzegu, polskie diakrytyki, część jest, części nie ma, a urządzenie jest International, co w sumie jest dość komiczne, gdy się zastanowić. Od kilku dni jest nowy firmware, a w nim kolejne niedoróbki — niby jest Landscape View, ale tam, gdzie on się powinien znaleźć, nie ma go, vide periodyki czy Web Browser. Synchronizacja książek to osobny temat, jak się mechanizm uprze, to się okazuje, że nie można zacząć czytać w nowym miejscu i zsynchronizować go, jeśli poprzedza zsynchronizowane uprzednio, gdyż… nie można. Oczywiście, można skasować synchronizację via Amazon, ale to raczej nie jest rozwiązanie godne rozpatrzenia…

Jak sobie radzi Amazon i jaka z tego płynie nauka dla nas?
Dotychczasowe słowa może ktoś odebrać oczywiście jaką immamentną krytykę Amazona i Kindla. Od razu wyjaśniamy, tak nie jest. Generalnie, z Amazonem w Polsce nikt wygrać obecnie nie może i zaraz pokażemy dlaczego. Wystarczy, że odwołamy się do praktyki codziennej czytelnika-konsumenta w Polsce, bo to ta polska codzienność jest, tą, przyczyną generalną afektu klientów Amazona do firmy. Kto raz się z Amazonem zetknął, nie chce wracać do realiów polskich. Dlatego też drobne niekonsekwencje w działaniu ich produktów są wybaczane Amazonowi, to jest ważna uwaga dla chcących liczyć na tzw. miłość klienta do marki.

To co, naszym zdaniem, powinno być najważniejsze, przede wszystkim dla tak biednego społeczeństwa jak polskie, to serwis urządzenia i jego obsługa ze strony producenta i zarabiających na urządzeniu usługodawcach, a obydwa te aspekty w Amazonie są bez zarzutu (Amazon jest i producentem, i usługodawcą dla swoich urządzeń).
Amazon jest szybki, sprawny, ufający klientowi — przecież nikt nigdy nie zażądał od nas ze strony Amazonu udowodnienia istnienia usterki a przysyłanie nowych urządzeń zamiennych kosztuje, nigdy też nie słyszeliśmy o takim żądaniu na forach. Po prostu, serwis Amazona jest nastawiony na zadowolenie klienta, dlatego na przykład jest dostępny całą dobę. Jak szybko załatwisz swoją sprawę zależy od biegłości  twojego angielskiego, ale, umówmy się, nie znasz języka, może lepiej nie dokonuj transakcji w tym języku! Inna sprawa, że raz, dla wyjaśnienia szczególnie drażliwej kwestii (dlaczego jako Polacy zostaliśmy wykluczeni z pewnego serwisu) Amazon znalazł wśród swoich pracowników Polkę z Irlandii, która wytłumaczyła wszystkie kwestie. Musimy tu dodać, że to nie jest standardowa procedura tego sklepu, ale jak widać, klient nasz pan, szczególnie, gdy pokrzywdzony naszą polityką.

 

Co jest problemem polskiej konkurencji Amazona?! Read more » | Przeczytaj całość »


Pochwalona Kreamówka

2012-03-14, środa, 12:09
1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (1 votes, average: 5,00 out of 5)
Loading ... Loading ...

Żelazna zasada Creamteam mówi, nie pokazujemy prac, nad którymi pracujemy lub które właśnie ukończyliśmy…
…ale skoro to nie my złamaliśmy tę zasadę ;), a uzasadnienie jest takie, jak poniżej, to dlaczego by nie pokazać i u nas fragmentu tej identyfikacji wizualnej (ale nie tylko SIW stricte, bo to właściwie już CI, jeśli się zastanowić i policzyć elementy składowe), nad którą się aktualnie pochylamy:

Nowe logo to nie za­po­wiedź drobnych poprawek wi­zu­al­nych.
Cał­ko­wi­cie od­świe­żamy IT Techa: nowa iden­ty­fi­ka­cja oraz struk­tura to nie jedyne zmiany. Za­pre­zen­tu­jemy się w zupełnie nowej formie z nowymi modułami. Strona, zarówno w części tech­nicz­nej, jak i wi­zu­al­nej, pro­jek­to­wana jest od podstaw.

[…]

Nowe logo IT Tech Blog zaprojektowane przez Creamteam

Szcze­gólne po­dzię­ko­wa­nia należą się nie­zwy­kłemu ze­spo­łowi — Cre­am­team.
To właśnie oni od­po­wie­dzialni są za przy­go­to­wa­nie pełnej iden­ty­fi­ka­cji wi­zu­al­nej. Polecam od­wie­dziny ich strony i za­po­zna­nie się z port­fo­lio.
Zachęcam również do po­lu­bie­nia ich profilu na Fa­ce­bo­oku, gdyż za­miesz­czają tam wiele cie­ka­wych i przy­dat­nych in­for­ma­cji zwią­za­nych z tym, co robią (i nie tylko). :)

Bardzo po­lu­bi­łem „Kremówki” (tak ich żar­to­bli­wie nazywam), to fan­ta­styczni pro­fe­sjo­na­li­ści, którzy bardzo poważnie taktują to, co robią, a przy tym za­cho­wują niesa­mo­witą pogodę ducha, są życzliwi i otwarci — już dawno nie spo­tka­łem tak nie­zwy­kłych ludzi!
To jedna z tych nie­licz­nych firm, z którymi nie tylko się pracuje — z nimi warto się po prostu przyjaźnić. :)

za: http://ittechblog.pl/2012/03/13/infoshare-i-maly-sneek-peek-w-przyszlosci-ittecha/

Dzięki za tę uroczą laurkę i miłe słowa, o nas i naszej pracy, pozostaje nam już tylko w tej chwili rozwiązać dylemat, jak teraz żyć ;)


Wpis Kobiet

2012-03-08, czwartek, 9:40
1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

Z okazji Dnia Kobiet mamy dla Was, zgodnie z chrześcijańskim zwyczajem, panującym na plebanii ;), tylko dobre słowo i obrazek (ale za to z ostatniej naszej sesji zdjęciowej, muszą być jakieś plusy dodatnie ;D), ;D, ale nasi klienci przygotowali specjalne promocje, zaglądnijcie koniecznie wieczorkiem np. na www.facebook.com/lagenko lub ich najnowszego bloga www.blog.lagenko.pl:

Diana by Creamteam. 8 marca. Traktorzystka. sRGB. HD

Na marginesie, podobnie jak inne nasze zdjęcia dla Lagenko, również ten obrazek został przygotowany tak, by można go było ściągnąć i umieścić na swoim pulpicie w komputerze  (na własny użytek, do celów niekomercyjnych, tylko jako desktop w systemie komputerowym używającego, w każdym innym wypadku wszystkie prawa zastrzeżone, by prawom autorskim stało się zadość).
Więcej sfotografowanych i wykonanych przez nas Lagenkowych pulpitów z uroczą Dianą w roli modelki znajdziecie na fanpage Lagenko
oraz na blogu firmy Lagenko.

 

Skoro już o naszej działalności mowa, poniżej jeszcze garść przykładów, czym się ostatnio zajmujemy, a zajmujemy się, słowo honoru, właściwie tylko kobietami i ich życzeniami (zawodowymi lol).
Tu dygresja: jeśli jaka panna a i pani uzna, że chciałaby mieć takie same prezentacje, reklamy, zdjęcia i plakaty, czy to dla siebie osobiście (uwaga, nie dyskryminujemy facetów — chociaż tak się układa, że na sesjach osobistych mamy najczęściej dziewczyny, kobiety i pary), czy swoich pracowników albo produktów, a może firmy, zapraszamy do współpracy.
Ceny są oczywiście jak zwykle wysokie, ale jakość jest jeszcze wyższa:

Diana by Creamteam. 01 January. APPLE

Bijou. zestaw Lagenko

Diana by Creamteam. 01 January. ICE QUEEN

Grill i Bar HaHa Pani Bożenki

Creamteam lubi precyzyjną robotę

 

Na koniec zostawiliśmy sobie informację o podjęciu, jeszcze w zeszłym roku, współpracy pomiędzy PTTK i naszym Creamteam.
To niesamowite, ale będąc małymi brzdącami uganiającymi się za GOTami PTTK nawet nie marzyliśmy, że kiedyś będziemy pracować dla Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego. A tu proszę! Przygotowaliśmy jedną kampanię ogólnopolską, opartą o reklamę drukowaną oraz plakat, i co ważniejsze, zmieniliśmy stronę Młodzieży PTTK i to tak, że usłyszeliśmy w PTTK, iż nie zrobiliśmy tam strony, my tam zrobiliśmy rewolucję (wizualną, to uwaga od nas :D).

Web Page Design by Creamteam: Youth PTTK | Młodzież PTTK (countrywide national society for young tourists)

Tak się robi rewolucję, gdybyście chcieli wiedzieć:

Chwalą nas!

Chwalą nas!

Tak chwaliła nas Ola, a takie są rezultaty naszej pracy:

Chwalą nas!

Wszystkie rysunki na stronie wykonała Creamówka Irenka.

 

Właściwie, cały dzisiejszy wpis można więc uznać za poświęcony kobietom:
kierowniczkom, właścicielkom, artom, fotografom, rysowniczkom i modelkom, którym niniejszym dziękujemy za wspólnie spędzony czas, poświęcony pracy, wiadomo, absolutnie nikomu niepotrzebnej ;). Zasyłamy też piosenką prazdnikową i radosną, zaśpiewaną przez kolegów naszego mareksego:


Zamiennik czy oryginał, oto jest pytanie

2012-02-18, sobota, 3:20
1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (1 votes, average: 5,00 out of 5)
Loading ... Loading ...

Grip

Gdy pierwszy raz zaopatrywaliśmy aparat w tzw. battery grip (uchwyt z pojemnikiem na baterie), było to przedsięwzięcie kosztowne, ale do udźwignięcia. Za drugim razem, przy nowej maszynie, musieliśmy już zapłacić 10% ceny tej maszyny. 10% ceny za coś, co tak naprawdę robi nic — jak sama nazwa wskazuje, jest to pojemnik na baterie z kawałka plastiku plus kilka zdublowanych przycisków, które mogą być, ale nie muszą, aparat będzie nadal funkcjonował poprawnie ze swoimi guzikami na korpusie.

Sama idea takiego urządzenia zrodziła się w dawnych czasach, gdy Canon wypuścił swoje pierwsze aparaty serii EOS, jak zawsze bardzo dobre, ale, wtedy, jednak prądożerne. Szybko firma wypuściła battery pack (nosiło się to w kieszeni, z kabelkiem podpiętym do aparatu), a potem właśnie battery grip, jako rozwiązanie tego problemu.
Battery grip ma jeszcze jedną ważną funkcję, która odróżnia go od battery packa. Jest specjalnie wyprofilowany tak, by przedłużyć, zawsze za krótki uchwyt aparatu, i staje się dodatkową rękojeścią, gdy chcemy obrócić aparat do zdjęć wykonywanych w pionie. Nie ukrywamy, gripy są przez nas cenione właśnie z powodu tej możliwości. Nasze ręce są zbyt duże dla oryginalnych uchwytów aparatów Canon…

Gdy przyszło nam znaleźć gripa do aparatu Canon 60D,  miny mieliśmy niewąskie.
Za takie urządzenie, jak pamiętacie, właściwie nie robiące nic specjalnego, a potrzebne nam tylko i wyłącznie z powodów ergonomicznych, należy zapłacić już około 25% ceny aparatu, a to dopiero początek zabawy

Read more » | Przeczytaj całość »